ŻYCIE „PRODUKCYJNE” CZY „PRODUKTYWNE”?
ROSYJSKI MARKSIZM BUNTUJE SIĘ PRZECIWKO „POTRZEBOM BRZUCHA”


Doktryna marksizmu kształtowała się od początku w polemice z różnorodnymi, konkurencyjnymi koncepcjami pragnącymi zyskać możliwość oddziaływania na ówcześnie najbardziej aktywną grupę społeczną – proletariat, którego świadome przebudzenie zapoczątkowało, pod koniec XIX wieku, nowy sposób uprawiania polityki. Polityki, której niezbywalną cechą stała się klasowość. Niezależnie od dalszych, dramatycznych losów ruchu, problematyka robotnicza w różnych swoich aspektach pozostawała punktem odniesienia dla wszelkiej aktywności politycznej, chcącej mieć jakikolwiek wpływ tak w skali lokalnej, jak i globalnej, przez cały XX wiek.
Rewolucja Francuska miała ogromne znaczenie dla kształtowania się poglądów filozoficznych w zacofanych Niemczech. Znaczenie to wykraczało poza fascynację potencjałem rozwojowym gospodarki kapitalistycznej; dało podstawy do sformułowania abstrakcyjnej, dialektycznej zasady zmiany jakościowej, w tym świadomościowej. Wrzenie rewolucyjne, które utrzymywało się przez XIX wiek, świadczyło o niemożności zatrzymania procesu, któremu impuls dała Rewolucja Francuska. Potencjał zawarty w ideach Rewolucji dążył do urzeczywistnienia swych logicznych konsekwencji. Obejmowało to również radykalizację świadomości społecznej, co rodziło zapotrzebowanie na doktryny odpowiadające na to zapotrzebowanie.
Taki abstrakcyjny, idealistyczny z gruntu, sposób pojmowania rzeczywistości historycznej stanowił idealną wręcz metodę kondensacji konkretnych doświadczeń historycznych, w odróżnieniu od naukowych metod, których główną cechą jest natychmiastowe zagubienie się w detalach i tworzenie na ich podstawie, z definicji niepełnych informacyjnie, arbitralnych konstrukcji idealistycznych o charakterze teleologicznym, zewnętrznym wobec materii empirycznej. Zbieżność między podmiotowym sensem a empiryczną rzeczywistością bywa rzadkim i krótkim (w skali historycznej) momentem, którego delikatny związek między świadomością a empirią zostaje zachwiany przy okazji choćby drobnej zmiany proporcji między obiema.
Na tym polega istota rewolucji – jest to spotkanie momentu subiektywnego z obiektywnym, w którym możliwa jest zmiana jakościowa. Z definicji, podmiot takiego momentu jest wąski, a jednak reprezentuje on całość – całość abstrakcyjnie (czyli w skondensowanej postaci) pojętego rzeczywistego konfliktu (sprzeczności). Wąskość jest niezbędna z tego względu, że w krótkim czasie niemożliwe jest przebudowanie całości czy szerokiej struktury społecznej bez prowokowania kontrtendencji. Dojrzałe stosunki społeczne i ekonomiczne oznaczają, że możliwa jest zmiana o charakterze jakościowym dzięki zmianie na bardzo wąskim odcinku (co w marksizmie obrazuje dyktatura proletariatu).
„Krótki moment” historycznej potencjalności trwał przez cały XIX i XX wiek. O nierealnym (w sensie heglowskim) charakterze restauracji porewolucyjnego (Rewolucja Francuska) ładu i mechanizmu stopniowego rozwoju w przewidywanym kierunku wysokiego poziomu rozwoju sił wytwórczych świadczyły nie tylko ruchy rewolucyjne, ale, przede wszystkim, obie wojny światowe, które były zwieńczeniem zwycięstwa reakcji w Europie. Czyli wymuszonym powrotem do mechanizmu, do którego powrotu nie mogło być, ponieważ zmieniła się już świadomość społeczna jako skutek obu wielkich rewolucji XVIII i XX wieku, równie naturalnie, co wojny, wynikających z samej sprzecznej rzeczywistości.
Tendencja do porzucenia podmiotu, który jest adekwatny do „momentu historycznego”, ale już nie do procesu „normalizacji”, nie jest obca samemu ruchowi robotniczemu. Droga Marksa od zrozumienia potencjalności tkwiącej we współczesnej mu rzeczywistości (dzięki krytycznej analizie dialektyki heglowskiej) do pojęcia roli kondycji robotniczej w „momencie historycznym” była odwracana przez cały czas w ruchu robotniczym. Zasadnicze znaczenie ma interpretacja tezy o tym, że w interesie klasy robotniczej koncentruje się postępowy interes ludzkości. Trudność polegała powszechnie na zrozumieniu, że nie chodzi ani wyłącznie, ani przede wszystkim o to, że robotnicy są najbardziej spauperyzowaną grupą społeczną. Ci, którzy tak rozumowali, uznali, że misja tej klasy została wypełniona wraz z podniesieniem poziomu jej życia.
Inne grupy społeczne, żyjące na marginesie i nie brane dotychczas w ogóle pod uwagę, w burżuazyjnym systemie równości wobec prawa, zaczęły być dostrzegane, dołączając do klasy robotniczej jako rezerwowa armia pracy. Natomiast grupy społeczne, które dotąd żyły z obsługi klas dominujących (służba i wolne zawody), zostały włączone do szerokiej kategorii pracowników najemnych – nie pełniąc tej samej roli, co robotnicy, ale w ramach kapitalistycznej mimikry komercjalizacyjnej ich sytuacja wydawała się analogiczna. Jednak wyzwolenie żadnej z tych grup nie bulwersuje stosunków praca – kapitał, jak to się dzieje w relacjach między klasą robotniczą a klasą kapitalistów. Relacje między tymi grupami społecznymi pozostają takie, jak we wcześniejszych systemach społecznych, czyli nieistotne z punktu widzenia potencjału zmiany historycznej.
Relacje kapitalistyczne mogły zaistnieć tylko na tle produkcji przemysłowej, a nie na tle relacji arystokracji ze służbą, chociaż stosunek wyzysku jest tam nie mniejszy.
Nastawienie na rewolucję jest wyrazem świadomości momentu historycznego i jego niepowtarzalności. Nastawienie na reformizm jest wyrazem oceny, że „moment historyczny” minął i że czeka nas nie rozwój historyczny, ale wieczny obrót po zamkniętym okręgu. W ramach takiego cyklu historycznego można polepszać sytuację, można dopracować się jakiegoś konsensu, w którym wszyscy są w jakimś stopniu usatysfakcjonowani – świadczy o tym długie trwanie wielu cywilizacji. To kapitalizm jest wyjątkiem na ich tle, a nie odwrotnie. Stąd zwolennicy reformizmu zawsze mają przewagę nad zwolennikami rewolucji – przewagę inercji: nie muszą nic robić, aby wykazać tę przewagę, podczas gdy rewolucjoniści są stale popędzani przez czas i warunki.
Marks był zwolennikiem rewolucji, bo tak się ułożyło jego myślenie konsekwentne w relacji do przesłanek, którymi się posługiwał. Był to wybór biorący pod uwagę szansę obarczoną ryzykiem, a nie marazm trwania bez ryzyka – podobnie, jak Lenin. W opozycji do tej postawy byli reformiści, nawet odwołujący się do Marksa, oraz stalinowcy, nawet odwołujący się do Lenina.
O ile reformiści II Międzynarodówki (mówiąc skrótowo) znieśli pojęcie misji klasy robotniczej na rzecz podmiotowości historycznej społeczeństwa jako całości, o tyle biurokracja ZSRR, szukając własnej zasady legitymizacyjnej uogólniła ideologicznie (bo nie do końca faktycznie) kondycję robotniczą na całe społeczeństwo. W sumie, pozornie paradoksalnie (ale nie paradoksalnie, jeśli weźmiemy pod uwagę poprzedni akapit), wyszło na to samo. W czym uwidoczniło się zwycięstwo tendencji obliczonej na zamarcie społeczeństwa ludzkiego w zaklętym kręgu długiego trwania.
Teoretycznym uzasadnieniem odwrotu od wniosków Marksa był „powrót do Marksa”, czyli do „młodego Marksa”. Lewica postmarksistowska przeszła, a w przypadku Rosji, przechodzi aktualnie tę drogę.
Zasadniczo, w przypadku rosyjskich marksistów, chodzi o odwrócenie znaków tam, gdzie stalinowska biurokracja postawiła na religijne, obliczone na manipulację świadomością społeczną, ubóstwienie faktycznego przedmiotu nienawiści. Podmiotowość historyczna klasy robotniczej jest bowiem wyrazem radykalnej przemiany społecznej, czyli znajduje się na antypodach biurokratycznego dążenia do „normalności”, które przybrało ostatecznie, przy okazji transformacji, postać „powrotu do normalności”, czyli odrzucenia klasowego podejścia, nie mającego żadnego uzasadnienia bez wyjątkowości pozycji robotników w strukturze społeczno-gospodarczej.
*
Wydaje się więc prawdopodobnym, że rozbieżności polityczne we współczesnym marksizmie zyskały podstawę teoretyczną dzięki zabiegowi reinterpretacji koncepcji funkcjonującej tradycyjnie w ruchu robotniczym, reinterpretacji dokonanej przez pryzmat prac tzw. młodego Marksa. Wydawać by się mogło, że logicznym jest przypuszczenie, iż niepublikowane prace młodego człowieka były ledwie wprawkami, próbami wyciągania wniosków i konfrontowania ich z rzeczywistością, prowadzącymi dopiero metodą prób i błędów do utrwalonych już wniosków, osiągniętych w wieku dojrzałym. Niemniej ta, wydawałoby się, zdroworozsądkowa logika jest odrzucana w marksizmie. Przyczyny tego faktu są ciekawym wyzwaniem intelektualnym, o czym staraliśmy się przekonać czytelnika we wstępnych uwagach do niniejszego artykułu. Sprawa staje się jasna, jeśli spojrzeć na efekty takiego postępowania – mówią nam one wiele o przyczynach.
Analizowanie współczesnego rosyjskiego marksizmu, przy całej jego wtórności wobec marksizmu zachodniego, nie jest jednak pracą jałową, gdyż świeżość podejścia do ustalonych już „prawd” pozwala na przewartościowania, które są mało prawdopodobne w marksizmie zachodnim, a to ze względu na jego skostnienie i niepodatność na zakwestionowanie dogmatów.
Ciekawą pracą z tego właśnie punktu widzenia jest artykuł kolejnego już adepta marksizmu młodego pokolenia, Piotra Kondraszowa, zatytułowany „Jakiego to my Marksa czytamy?” (Петр Кондрашов, "Каково же Маркса мы читаем?") Zachęcając do lektury całości, sami skupimy się jednak na zasadniczym, z naszej perspektywy, wątku.
P. Kondraszow zwraca uwagę na specyfikę radzieckiego marksizmu okresu stalinowskiego, w którym to zresztą zostały odkryte pisma „młodego Marksa” i, następnie, przetłumaczone na rosyjski. Dlaczego ta kwestia jest tak ważna dla autora? Jak pisze Kondraszow: „W przekładach na język rosyjski, […] sens ekonomiczno-produkcyjny został przeniesiony na filozoficzny wykład Marksa” (s. 3).
Złośliwość historii mogłaby polegać na tym, że pozbawiony własnego autorytetu teoretycznego stalinizm traktował klasyków (z Leninem włącznie) jako panteon świętych nowej wiary, a nie jak wybitnych działaczy i teoretyków, którzy przeszli normalną drogę kształtowania poglądów, niekoniecznie prostą i naznaczoną nieomylnością od dnia narodzin po grób. Co daje uzasadnienie dla czytania ich dzieł w przód i wspak, traktując je jak jeden spójny system, a nie historyczną drogę.
Jak przytomnie zauważa Kondraszow, „… swoje zasadnicze prace Marks poświęcił społeczno-gospodarczej analizie kapitalizmu, a czynnik produkcyjny w jego ujęciu, bezwarunkowo wybija się często na plan pierwszy…” (s. 3.) Można domniemywać, że radziecki przekład prac „młodego Marksa” – świadomie lub nie – starał się zachować spójność między wczesnym a dojrzałym okresem twórczości klasyka, tak aby do samego Marksa nie stosowała się jego własna krytyka polegająca na wykazywaniu abstrakcyjności humanizmu oderwanego od faktycznej walki sił zaangażowanych w społeczną produkcję. Podporządkowano więc teksty młodzieńcze interpretacji rodem z dojrzałego okresu.
W efekcie, w społeczeństwie postradzieckim, „w najszerszych masach narodu naszego kraju filozofia Marksa jest rozumiana jako coś w rodzaju ‘filozofii fabryki’, ‘metafizyki powszechnej powinności świadczenia pracy’, w której ramach działa imperatyw kategoryczny (zrodzony w łonie wczesnego chrześcijaństwa) ‘kto nie pracuje, ten nie je’.” (s. 3) – zauważa Kondraszow.
Dodając do tego biadanie Kondraszewa nad „odhumanizowaniem filozoficznej myśli Marksa”, nad zastąpieniem filozoficznych pojęć „suchymi, bezdusznymi, technicznymi terminami”, mamy podaną na tacy, bez owijania w bawełnę, postawę, która w wydaniu zachodnim kryje się za ostrożniejszymi rozważaniami, liczącymi się jednak z tradycją ruchu robotniczego. Ta ostatnia, na Wschodzie, została po upadku ZSRR uznana po prostu za pomyłkę (i nie chodzi tu tylko o jej stalinowską wersję). Czyli – w obszarze b. demoludów – nie ma powodu, aby się z nią w jakimkolwiek stopniu liczyć.
Na Zachodzie tymczasem, po opublikowaniu prac tzw. młodego Marksa, dokonywała się odwrotna procedura, a mianowicie zaczęto reinterpretować Marksa dojrzałego w duchu prac młodości, w mniemaniu, że reinterpretatorzy dokonują zbożnego dzieła pogłębienia „suchych, bezdusznych, technicznych” aspektów jego myśli, że sięgają w ten sposób do rzeczywistych intencji Marksa.
Zapewne było to związane z faktem, że na Zachodzie można było sięgnąć do oryginału pism Marksa, Niemniej wydania krytyczne z Moskwy musiały mieć znaczenie w przypadku tłumaczeń choćby na angielski, nie mówiąc już o innych językach. Z tego mariażu wyniknęła zapewne ostateczna zbieżność wykładni zreinterpretowanego Marksa, czyli nałożenie koncepcji dotyczących analizy gospodarki kapitalizmu i związanych z tym relacji społecznych na ogólniejsze rozważania Marksa na temat pracy ludzkiej w ogóle, w tym na temat pracy twórczej, analizowanej w oderwaniu od kontekstu, nazwijmy to, „fabrycznego”. Ślady tej „stalinowskiej” operacji na młodzieńczych tekstach Marksa dają się dziś wytropić w niezachwianym przekonaniu o tym, że dla Marksa wszelka praca człowieka ma charakter produkcyjny w ścisłym znaczeniu, które wypracował później autor Kapitału.
P. Kondraszow bardzo ładnie wyjaśnia nam, w jaki sposób ta pomyłka mogła zaistnieć, a robi to na przykładzie właśnie pojęcia „produkcyjny”. Zacytujmy go: „Das produktiv Leben. Odnotujmy bardzo ważny akcent, jaki kładzie Marks i na który zwróci później odpowiednią uwagę E. Fromm: istotną cechą wolnej działalności jawi się jej produktywny charakter. Marks dosłownie pisze: ‘Das produktiv Leben ist aber das Gattungsleben. Es ist das Leben erzeugende Leben’ [19, S. 516], co w dosłownym przekładzie oznacza: ‘życie produktywne jest życiem gatunkowym. To jest życie, które rodzi życie.’ Jednak w pierwszym wydaniu Rękopisów ekonomiczno-filozoficznych z 1844 r. (1956 r.) czytamy: ‘życie produkcyjne jest życiem gatunkowym. To jest życie, które rodzi życie.’ Zauważcie, jaka tu zaszła radykalna zmiana znaczenia i podmiana: życie produktywne przeistoczyło się w życie produkcyjne, tj. w życie zakładowe, fabryczne, kołochozowo-sowchozowe” – piekli się Kondraszow.
O ile w zachodnim marksizmie taka podmiana nie nastąpiła, o tyle jednak jakaś podmiana faktycznie nastąpiła, choć zupełnie inna. Dwuznaczność terminologiczna umożliwiła „nobilitację” pracy pozaprodukcyjnej (pracy skądinąd produktywnej) na wzór pracy robotnika fabrycznego. Umożliwiła też kompletne rozmycie Marksowskiej analizy ekonomicznej, aż do współczesnego braku zrozumienia, na czym polega Marksowska, negatywna ocena gospodarki kapitalistycznej, niezależnie od etapu jej rozwoju. W efekcie mamy współczesne rozmycie opozycji lewica – prawica, ponieważ rozmywa się klasowy punkt widzenia na wyzysk pracy, przekształcając się w romantyczno-konserwatywny miraż ogólnoludzkiej kondycji, w której stosunki klasowe odgrywają zanikającą role.
*
Szybko dojrzewający w zachodnim słońcu marksizm rosyjski zbiegnie się ostatecznie z zachodnim marksizmem w ogólnym przekonaniu o zastąpieniu pracy „fabrycznej” pracą kreatywną jako o namacalnym fakcie rzeczywistego życia. Oryginalnym wkładem wschodniego „marksizmu” do ogólnoświatowej skarbnicy będzie zerwanie z pokutującą jeszcze gdzieniegdzie wśród posttrockistów „iluzją” o zasadniczym znaczeniu bazy robotniczej dla ruchu emancypacyjnego. O ile bowiem na Zachodzie traktuje się jeszcze (choć w malejącym stopniu) kondycję robotniczą jako modelową, o tyle marksizm wschodni, z powodu stalinizmu, traktuje klasę robotniczą jako korzeń zła.
Warto przy okazji zauważyć, że odrzucenie roli i znaczenia klasy robotniczej w Rosji ma inny charakter niż to samo odrzucenie, które ma miejsce także w Polsce (i na Zachodzie). W Polsce, ze względu na tradycje Solidarności, poststalinowcy odwracają się od robotników, ponieważ przypisują im „zdradę” socjalizmu. W Rosji ta postawa nie cechuje (post)stalinowców, co daje im jeszcze niejakie podstawy do trwania jako nurt polityczny o odrębnym wizerunku. I to mimo analogicznej konkwisty kraju przez nowolewicowych emisariuszy-krzyżowców. Natomiast niechęć, czy wręcz nienawiść do robotników, bierze się z przypisania im, odwrotnie, roli zawalidrogi w dziele przezwyciężania pozostałości po „sowieckiej” przeszłości.
Słowem – jak chcesz psa obić, to zawsze znajdziesz kij.
W Polsce i na Zachodzie robotnikom trudno to zarzucić, więc „przezwyciężenie” ograniczoności koncepcji Marksa dokonuje się reinterpretacją jego koncepcji odczytaniem przez pryzmat „młodego Marksa”, gdzie nie mówi się o roli i znaczeniu klasy robotniczej w realizacji jeszcze ogólnikowo postawionego celu. W młodzieńczo agresywnym (post)marksizmie rosyjskim pobudki nie są jeszcze ukrywane. Jeśli Kondraszow mówi z pogardą o kondycji robotnika, to dlatego, że nie kładzie na tę kwestię nacisku, bardziej pociąga go wizja, której w siermiężnym „realsocjalizmie” nie było, a mianowicie wizja wolnej od alienacji twórczości człowieka.
„Wolna, wedle Marksa, oznacza: niezdeterminowana ekonomiczną ani przyrodniczą koniecznością, nie ukierunkowana na ‘pracę dla przeżycia’, ale powodowana wewnętrzną chęcią jej (takiej aktywności) wypełnienia i poczucia w związku z tym zadowolenia. […] Jeśli niewolna, wyalienowana działalność jest wykonywana przez człowieka tylko dlatego, że on (niewolnik, zależny, chłop, robotnik) musi ją wykonywać po to, żeby po prostu fizycznie przeżyć, albo nie ma innego źródła środków do życia poza swoją siła roboczą, to wolna działalność, przeciwnie, jest wykonywana tylko dlatego, że człowiek sam chce ją wykonywać, nie zważając na wszystkie towarzyszące jej trudności (męki twórcze)” – precyzuje Kondraszow (s. 4).
Czyli jako marksizm przedstawia abstrakcyjne, bo uogólnione, pozbawione sprzeczności w łonie samego swego pojęcia, „piękonoduchostwo”, które było obiektem szyderstwa ze strony już młodego Marksa.
Charakterystyczne jest to, że zaślepiony wizją wolnej od alienacji, swobodnej twórczości człowieka, autor nie zauważa, iż (nie)świadomie przenosi wrogość do tego typu aktywności z abstrakcyjnej aktywności na jej wykonawcę. Logicznym byłoby uznać, że pomsty do nieba domaga się istnienie takiej pracy wyalienowanej i to jeszcze skupionej w jednej klasie społecznej. To, jak się wydaje, była droga Marksa – od stworzenia wizji ohydnej alienacji pracy do dookreślenia przykutej do niej grupy społecznej, której alienacja jest warunkiem niealienacji wolnej twórczości innych grup.
U Kondraszowa, Korjakowcewa i im podobnych marksistów wstręt do wyalienowanej egzystencji przenosi się na jej podmiot. Stąd te wykrzykniki odnośnie sprowadzania tematyki marksizmu do „filozofii brzucha”. Identyczne głosy dawały się słyszeć na fali odwilży 1956 roku w Polsce. Apoteoza kondycji robotniczej jest dla tych marksistów i innych humanistów kamieniem obrazy. Marks proponował, w duchu poczciwego, starego Fouriera, podzielenie się trudem fizycznym w ramach ludzkiej solidarności, co było dla niego wystarczającym warunkiem dezalienacji pracy społecznej (przy spełnieniu obiektywnych warunków wyzwolenia klasy robotniczej związanych z pracą produkcyjną). Im mniejsze znaczenie w społecznym podziale pracy ma praca wyalienowana, fizyczna, materialna, tym mniejsze jest obciążenie dla pozostałych członków społeczeństwa, chcących ulżyć solidarnie doli współobywateli.
Jednak na przeszkodzie temu celowi stoi wzbudzająca odrazę wizja jakiegokolwiek zbrukania się pracą wyalienowaną, która na podobieństwo łyżki dziegciu potrafi zepsuć smak całej beczki miodu. Jedynym rozwiązaniem pozostaje antyczna recepta polegająca na ścisłym oddzieleniu ludzi pracy kreatywnej od ludzi, którzy muszą poddać się pracy wyalienowanej, poświęcić się, aby pozostali mogli żyć jak ludzie, jak istota gatunkowa człowieka (Platoński komunizm dla elit, a „wolny rynek” dla mas).
Tak więc, odczytanie Marksa przez pryzmat pism „młodego Marksa” kończy się logicznie całkowitym odrzuceniem wniosków tak ekonomiczno-społecznych, jak i filozoficznych z dojrzałej twórczości tego autora.
Ważne jest więc, abyśmy zdawali sobie sprawę z tego, skąd biorą się takie, a nie inne nastawienia na lewicy tak wschodniej, jak i zachodniej. W tym artykuł Kondraszowa okazuje się bardzo pomocny.
Przy okazji, opisane tendencje wydają się dobrze tłumaczyć najogólniejsze przyczyny tak dokuczliwej dziś inercji społecznej (i braku pola manewru dla lewicy) – utrata szansy historycznej mści się… nowym średniowieczem.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
27 października 2018 r.

CO, K…, NIE WYSZŁO?

Najczęstszym argumentem na rzecz odrzucenia robotników jako motoru zmian społecznych i politycznych przez współczesną lewicę jest to, że ta klasa społeczna akceptuje aktualny system wyzysku i nie stanowi siły rewolucyjnej. Wskazuje się przy tym na liczne przykłady potwierdzające tę tezę, jak choćby poparcie większości robotników dla prawicowo-populistycznych partii z ich polityką nacjonalistyczną i antyimigracyjną oraz konserwatyzmem obyczajowym.
Zarzuty te nie są zresztą czymś nowym. Już po II wojnie światowej zachodnia lewica zaczęła zauważać spadek radykalizmu klasy robotniczej związany z powojennym boomem gospodarczym i ogólnym podniesieniem poziomu życia w krajach rozwiniętego kapitalizmu. Kwestia ta nie stanowiła większego problemu dla akceptującego rzeczywistość (gospodarkę i demokrację) kapitalistyczną nurtu socjaldemokratycznego wraz z jego polityką kolaboracji realizowanej przez związki zawodowe, które stały się stopniowo czynnikiem dodatkowo (poza partiami politycznymi) pacyfikującym zachodni ruch robotniczy. Ruch ten miał zresztą utrudnioną drogę do rewolucyjnej świadomości ze względu na załamanie się fali rewolucyjnej po I wojnie światowej, niosącej pewne szanse na wzlot i odrodzenie owej świadomości w sytuacji przedwojennego Wielkiego Kryzysu, ale pogłębione doświadczeniem rywalizacji między „obozami” w okresie Zimnej Wojny, propagandowo wzmocnione przez „rewelacje” Chruszczowa dotyczące rządów Stalina.
W tzw. obozie wschodnim, szczególnie w krajach, które na drogę socjalizmu weszły po wojnie, kryzys świadomości klasowej nie był wytykany. Bojowość robotników domagających się realizacji swoich interesów ekonomicznych była faktem. Świadczą o tym bunty począwszy od lat 50-tych na Węgrzech, w Polsce czy w Niemczech, i nie tylko.
Przez władzę biurokratyczną bunty te były przedstawiane jako reakcyjne wystąpienia antysocjalistyczne, co przygotowywało grunt pod późniejsze, schodzące się z zachodniolewicową pogardą dla „antyrewolucyjnych robotników”, opinie o obaleniu przez robotników socjalizmu. Jaki by nie był, ale zawszeć to był socjalizm… choćby i konwergentny z kapitalizmem, jak tego ponad wszystko pragnęła władza biurokratyczna.
Chociaż wystąpienia robotnicze w krajach tzw. realnego socjalizmu faktycznie odbywały się w warunkach politycznie skomplikowanych, gdzie prawicowe tendencje znajdowały sobie przykrycie posiadające formalną legitymację w nowym ustroju, czyli pod przykrywką wystąpień klasy robotniczej, trudno nie zauważyć, iż biurokracja była całkowicie niezdolna do podjęcia walki o świadomość klasową robotników w takich warunkach, w jakich przyszło działać aktywistom ruchu.
Sytuacja przerosła czwarty-piąty garnitur działaczy komunistycznych, wówczas u władzy, którzy uniknęli czystek stalinowskich i w nowej rzeczywistości nade wszystko pragnęli nadal unikać konfrontacji ze stalinowską linią Partii. Opozycja antybiurokratyczna i prorobotnicza jednak wówczas jeszcze istniała i nawiązywała do tradycji dawnego ruchu robotniczego, stawiając aktualny problem ruchu we właściwej perspektywie. Była to jednak bardzo nieliczna i pozbawiona wpływu grupa rozproszonych ludzi, których istnienie przenosiło odpryski walki frakcyjnej w partii bolszewickiej na nowe realia. Zwycięski nurt stalinowski i jego krajowe filie w państwach „obozu” nie miały wątpliwości, że tę recydywę nawiązującego do marksizmu niestalinowskiego nurtu należy bezwzględnie zwalczać.
Sukces pewnego, nawet dość znacznego zakorzenienia się opozycji nawiązującej do tradycji ruchu robotniczego (Kuroń, Modzelewski) pokazuje, że grunt pod pracę partyjną i świadomościową istniał. Rozeznanie, że system biurokratyczny nie jest socjalistyczną alternatywą dla kapitalizmu także istniało. Co więc nie wyszło?
Czynników było kilka. Forsowanie stalinowskiego, radzieckiego modelu gospodarczego i społecznego, jak się okazało później, nosiło już od początku zarodek rozkładu i niepowodzenia. Również i tej tezy nie sposób obalić prostym chwytem, że łatwo to oceniać po latach i po doświadczeniu upadku „obozu”. Ten kontrargument nie trzyma się kupy, ponieważ taka perspektywa rozwoju wypadków nie była tajemnicą dla krytyków modelu biurokratycznego począwszy od Trockiego, a także dla myślących zwolenników wyzwolenia klasy robotniczej, niekoniecznie nawiązujących do Trockiego, a nawet krytycznych wobec Dżilasa.
Kryterium polityczne nie sprowadzało się do prostackiego chwytu biurokracji stalinowskiej, która problematykę ruchu rewolucyjnego sprowadzała do walki między obozem socjalizmu i obozem kapitalizmu, wmawiając tym samym, że zasadniczy w ruchu robotniczym problem wyzwolenia klasy robotniczej jest albo przezwyciężony (w zasadzie lub naprawdę), albo zszedł na dalszy plan w obliczu o wiele ważniejszego problemu zachowania władzy, ups! – obrony ojczyzny światowego proletariatu.
W ten sposób nurt stalinowski (biurokracja) przeniósł punkt ciężkości ruchu politycznego z kwestii robotniczej na wszystko, co w danym momencie miało związek ze skutecznością walki propagandowej (w warunkach pata militarnego) o przetrwanie jako względnie równorzędny partner w stosunku do świata zachodniego. Zasadniczą kwestią przy tak postawionym zadaniu było uzyskanie i utrzymanie aprobaty intelektualistów, którzy decydująco wpływali na opinię publiczną – w skali kraju i w skali międzynarodowej.
Rozbieżności orientacji prorobotniczej i elity intelektualnej ujawniły się szybko. Już przy okazji odwilży po śmierci Stalina i dyskusji na temat systemu samorządowego w Jugosławii ujawniły się różnice zdań nie do pogodzenia. Dla elity, problem Jugosławii sprowadzał się do wyższości rynkowych metod gospodarowania, co rozwiązywało wszelkie problemy społeczne i polityczne związane z niedostatecznym zaspokojeniem potrzeb w gospodarce nakazowej. Gospodarka rynkowa brała pod uwagę potrzeby tzw. konsumenta, podczas gdy gospodarka nakazowo-planowa zajmowała się stałym wzrostem inwestycji w przemysł, odsuwając potrzeby konsumpcyjne społeczeństwa w bliżej nieokreśloną przyszłość.
Elita intelektualna „obozu” brała za pewnik, że wzrost produkcji na potrzeby konsumpcji pokryje problemy związane z konieczną nierównością podziału, wynikającą z mechanizmów rynkowych. W końcu jej przedstawiciele nie byli ślepi na przykład krajów rozwiniętego kapitalizmu, które właśnie taką „ucieczkę do przodu” skutecznie stosowały. Wyraziciele orientacji prorobotniczej wskazywali na odłożone w czasie skutki takiej niefrasobliwości i piętnowali niewykorzystanie samorządności robotniczej (dyktatury proletariatu w praktyce) do przezwyciężenia zakorzenionych historycznie różnic rozwojowych między różnymi regionami Jugosławii. Nieprzezwyciężenie tych różnic musi pociągnąć za sobą nietrwałość federacji. Integracja powinna dokonać się na gruncie spajającego wszystkich interesu klasy robotniczej, który powinien stanowić kryterium efektywności gospodarczej nakierowanej na realizację pewnej wizji politycznej o perspektywie socjalistycznej.
Opozycja zawiązana na fundamencie walki z biurokracją, która w okresie stalinowskim usiłowała nawiązywać do przedstalinowskich tradycji ruchu robotniczego, bezrefleksyjnie utożsamiała interesy robotnicze z linią partii stalinowskiej. Ta opinia ma swoje głębokie, historyczne korzenie, o których teraz byłoby za długo opowiadać. Dość zauważyć, że żywe wówczas tradycje socjalistycznego, antykomunistycznego, nurtu ruchu robotniczego kładły nacisk na szersze niż „tylko” robotnicze interesy. Pod tym względem i z tej perspektywy, pozycje Lenina i Stalina wydawały się identyczne i wciąż obowiązujące w KPZR jako kontynuatorce partii bolszewickiej. Zrozumienie najgłębszej istoty opozycji między opcją Lenina a Stalina, leżącej u podłoża walki frakcyjnej, było w ówczesnej, skomplikowanej sytuacji politycznej – szczególnie w polskim ruchu robotniczym – bardzo utrudnione.
Rok 1956 stanowił krok na drodze ewolucji opozycji antystalinowskiej od linii robotniczej na rzecz linii demokratycznej. Taka też była interpretacja systemu samorządowego w Jugosławii. Niegdyś stalinowska z przekonania elita intelektualna, stanowiąca ideologiczne zaplecze biurokracji, obecnie nadawała ton opozycji antybiurokratycznej, kierując ją na tory opozycji demokratycznej, która wykazywała coraz mniej wspólnoty z klasą robotniczą. Klasa robotnicza zachowywała swe znaczenie, ponieważ gospodarka i jej problemy były w realnym socjalizmie najważniejszym czynnikiem. Dość powiedzieć, że bez rozwiązania problemu państwowego charakteru własności środków produkcji nie wyobrażano sobie demokratyzacji systemu. Dyskutowano ten problem także w kontekście analizy doświadczeń jugosłowiańskich.
Coraz jaśniejsze stawało się zrozumienie, że interesy klasowe klasy robotniczej stoją w sprzeczności z perspektywą demokratyzacji systemu. Początkowe postrzeganie samodzielnej roli klasy robotniczej i wiodącego charakteru jej interesów w społecznej walce politycznej było przezwyciężane jako pozostałość stalinowskiego myślenia i odrzucane na rzecz tradycyjnego w nurcie socjaldemokratycznym postrzegania klasy robotniczej jako części szerzej rozumianego społeczeństwa.
Niemniej, przekonanie robotników o takiej hierarchii interesów i priorytetów było kluczowym momentem nakłonienia ich do poparcia opozycji antysystemowej, ze względu na ich rolę w formalnej legitymizacji ustroju i na to, że stanowili jedyną możliwą do mobilizacji i organizacji grupę społeczną, której strategiczne usytuowanie w przemyśle odgrywało decydującą rolę – przy założeniu, że w sytuacji pata militarnego nie wchodzi w grę interwencja „sił demokracji”. Jeśli chodzi o interwencję Moskwy, amortyzacja w postaci stłumienia powstania robotniczego była przerabianym już wcześniej scenariuszem.
*
Z nakreślonego skrótu historycznego wynika, że po obu stronach „żelaznej kurtyny” rewolucyjny ruch robotniczy uległ rozbiciu. Niezależnie od oceny tego faktu, jego pozostałości zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie odeszły od Marksowskiego rozumienia celu tego ruchu i zrozumienia pierwszorzędności interesu klasy robotniczej w perspektywie drogi do komunizmu.
Jeżeli nawet zarzuca się – na Zachodzie – odejście klasy robotniczej od celów rewolucyjnych, to należy uświadomić sobie, że „rewolucyjne” cele drobnomieszczaństwa, które ochoczo zastąpiło klasę robotniczą w charakterze siły rewolucyjnej, wcale nie pokrywają się z celami rewolucyjnego ruchu robotniczego, jak je formułowali klasycy, ale sprowadzają się do radykalizacji żądań demokratyzujących demokrację burżuazyjną. Przede wszystkim zaś, całkowicie odrzuciły postulaty dotyczące własności środków produkcji (pod starym pretekstem całkowitego zagmatwania formalnych stosunków własności we współczesnym kapitalizmie) na rzecz zastąpienia tego postulatu postulatami dotyczącymi radykalnych reguł podziału.
Ta zmiana wiąże się z koniecznością dalszej reinterpretacji marksizmu w kierunku odrzucenia jasnej Marksowskiej teorii wyzysku opartego na jego teorii wytwarzania wartości dodatkowej. Rozmycie kondycji robotnika przemysłowego w kondycji pracy najemnej jako takiej uzasadnia tę reinterpretację teoretycznie, jak i znosi rozróżnienie na kapitalizm i socjalizm, tworząc hybrydę streszczającą się słowami: „zdrowy” kapitalistyczny fundament gospodarczy i „komunizm” podziału dochodów jako nadbudowa.
Efektem ubocznym jest na nowo niepojętość procesu tworzenia wartości dodatkowej. Nie jest to jednak problem „klasy pracowniczej”, czym zasadniczo odróżnia się ona od niegdysiejszej klasy robotniczej i co stanowiło wyróżnik ruchu robotniczego opartego na marksizmie. Niemarksistowski ruch robotniczy, w tym związkowy, tradycyjnie opiera się na zagadnieniach podziału, a nie produkcji. Proces produkcji jest więc odsuwany na margines jako nie mający znaczenia dla demokracji.
Mechanizmy ekonomiczne są bowiem, zgodnie z niemarksistowskim ujęciem teoretycznym, mechanizmami technicznymi, gdzie siła robocza jest sprowadzana do roli czynnika produkcji, od którego ludzkiej postaci abstrahujemy z powodu ewentualnego zakłócenia efektywności ekonomicznej. Rekompensatą za to jest odzyskanie przez robotnika godności ludzkiej w procesie konsumpcji. W ten sposób nie ustaje alienacja robotnika w procesie produkcji, ale drobnomieszczaństwo jest w stanie jakoś to przeżyć, nawet bez większej traumy.
Sytuacja gospodarki kapitalistycznej ostatniego czasu powoduje jednak, że robotnicy zaczynają na powrót przywiązywać większą wagę do swej roli w procesie produkcji. W ramach procesów demokratyzacyjnych (skądinąd hamowanych w praktyce kapitalistycznej), ciężar utrzymania ich funkcjonowania coraz mocniej spada na barki bezpośrednich producentów. Rodzi to ich czujność jeśli chodzi o wzrost konkurencji na rynku pracy. Co spycha ich w objęcia prawicowych populistów w warunkach nieistniejącego ruchu robotniczego opartego na teorii marksistowskiej, zdolnej wyjaśnić mechanizmy systemu kapitalistycznego zamiast zamydlać im oczy fałszywą i zafałszowaną świadomością społeczną, uniemożliwiającą przekształcenie się jej w świadomość klasową.
*
Nie jest więc prawdą, że to robotnicy są opoką kapitalizmu. Zarówno robotnicy przedkładający konserwatywny paternalizm nad wolnokonkurencyjny kapitalizm, jak i drobnomieszczaństwo przedkładające państwo opiekuńcze nad wolny rynek na ich własną siłę roboczą, w kwestii fundamentu produkcyjnego dążą do tego samego. Robotnicy nie zmienili się pod tym względem od czasów Marksa. Walka o bieżące cele ekonomiczne zawsze była dla nich ważna. Różnica polega na tym, że teoria Marksa dawała robotnikom perspektywę walki o system, w którym zostanie zniesiony wyzysk w sferze produkcji, faktycznie określającej realne, twarde zasady podziału. Dzisiejsza lewica, która kwestię produkcji materialnej pozostawia „fachowcom” (kapitalistom), z definicji nie może dać robotnikom analogicznej perspektywy, a nawet zafałszowuje poznanie rzeczywistości społecznej. Z takiego stanu nie odrodzi się ruch robotniczy. Nie jest to zresztą celem tzw. nowej radykalnej lewicy.
Problem jednak istnieje, ponieważ nierozwiązany problem staje się wrzodem, którego pęknięcie może się okazać nieprzyjemne. Zasadniczo zadowolenie szeroko pojętego społeczeństwa z wysokiego poziomu życia w kapitalizmie (welfare state), które przypomina komunizm konsumpcyjny, uświadamia nam, że sprawdza się teza, iż ludzkość osiągnęła poziom rozwoju sił wytwórczych, który umożliwia wprowadzenie komunizmu. Lewicowcy, nawet najbardziej radykalni, nie walczą z systemem jako systemem produkcyjnym, ale bawią się rewolucją w sferze „nadbudowy”. Koszty tej zabawy pokrywa wysiłek produkcyjny robotnika, który w perspektywie współczesnej lewicy nie jest w ogóle postrzegany jako problem (patrz wyżej). Rosnące wymagania co do podziału wartości dodatkowej redukują część tej wartości przypadającej na zaspokojenie potrzeb bezpośredniego producenta. Mamy więc gotowy system komunizmu z podziałem nie opartym na wkładzie pracy, ale na potrzebach. Pozostaje drobny problem rozwiązania kwestii sytuacji bezpośredniego producenta. Tak więc, problem społeczny i polityczny perspektywy komunistycznej sprowadza się nieodmiennie do kwestii klasy robotniczej. W tej optyce, jaka została tu przedstawiona, ruch potrzebny do obalenia ostatniej przeszkody na drodze do zbudowania społeczeństwa bezklasowego wydaje się minimalny.
Nie ma potrzeby koncentrowania się na obezwładniającej i wszechobejmującej cały wachlarz niejednorodnych postulatów problematyce, którą współczesna lewica mnoży niczym króliki; wystarczy skoncentrować się na problemie fundamentu owego społeczeństwa.
Pozostałe problemy stawiane przez lewicę będą nadal istniały. Absurdem jest rozwiązywanie problemów egzystencjalnych aktami prawnymi – ta procedura wskazuje tylko na głęboką degenerację współczesnego społeczeństwa, a jego absurdy gonią się wzajemnie w tempie kosmicznym. Problem ekonomicznych podstaw społeczeństwa bezklasowego jest tym problemem, którego rozwiązanie przeniesie nas z prehistorii do prawdziwej historii człowieczeństwa.
Tylko tyle i aż tyle…

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
13 października 2018 r.

Z cyklu
     Jaja jak czerwone berety

TOWARZYSTWO WZAJEMNEJ ADORACJI

Kto nas zna, z pewnością przyzna, że jako od lat praktykujący zawodowcy pasujemy – jak pięść do nosa – do zawodowych korporacji, koterii i towarzystw wzajemnej adoracji, zwłaszcza tych od nowoczesnego, akademickiego, zachodniego marksizmu, o reszcie lewicowej rodzinki już nie wspominając.
Na wstępie dziękuję dr Wasilijowi Kołtaszowowi za wystawienie rosyjskiego Slavoja Žižka – dr hab. Andrieja Koriakowcewa. Koledzy marksiści, Wasze preferencje co do podmiotu historii z naszymi się nie pokrywają. Najwyższy czas zatem zająć się towarzystwem wzajemnej adoracji.

W ramach wstępnych uprzejmości oddajemy głos A. Koriakowcewowi: https://youtu.be/D14fmUnPpgo. Z góry dziękujemy za uporządkowany wykład podstaw nowoczesnego marksizmu. Dziękujemy za wprowadzenie i pierwszą lekcję https://youtu.be/Qf2fC4kTNVA z "przełomowego" (zdaniem W. Kołtaszowa) i monumentalnego cyklu.
Ekspansję nowoczesnego marksizmu w Rosji czas wreszcie zauważyć, zwłaszcza że wspierana jest ona przez środowisko RABKORA. Wasilij Kołtaszow poróżnił się z Borysem Kagarlickim pod koniec ubiegłego roku, zaś Andriej Koriakowcew należy do komplementowanych "autorów RABKORA". Oto na cześć jego nowej książki recenzja-panegiryk http://rabkor.ru/culture/2016/08/16/the-mind-and-marxism/.
Krytyka panegiryku w komentarzach, choć kompetentna i merytoryczna, do dziś pozostaje bez odpowiedzi – skąd my to znamy?
Na konferencjach finansowanych przez moskiewski oddział Fundacji im. Róży Luksemburg, Borys i Andriej piją sobie z dzióbków https://youtu.be/Kb1njwowL3Q. Na swoim profilu https://vk.com/akoryakovtsev A. Koriakowcew, oczywiście, reklamuje stronę internetową RABKOR-u.
Próżno szukać krytycznych wypowiedzi Borysa Kagarlickiego o "przełomowym" cyklu wykładów A. Koriakowcewa. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z towarzystwem wzajemnej adoracji, tubylczymi przedstawicielami znanych szkół współczesnego zachodniego marksizmu, które marksistów z poradzieckiej szkoły uznają za... "lumpów politycznych" (wyrażenie B. Kagarlickiego użyte w odniesieniu do Michaiła Popowa i jego sparringpartnerów z "battle po tieorii marksizma") lub w ogóle nie uznają za marksistów (A. Koriakowcew), skoro do dziś nie uwzględnili oni nauki płynącej z marksowskich rękopisów z 1844 r., opublikowanych w 1936 r.
Tym razem, nasi rosyjscy, nowocześni "towarzysze" nie trafili na ułomnych.
Zainteresowanych odsyłam do naszego najnowszego tekstu "Na wschód od Edenu, czyli kompleksy rosyjskiego postmarksizmu", który ukaże się za dłuższą chwilę.

Włodek Bratkowski
23 września 2018 r.



NA WSCHÓD OD EDENU,
CZYLI KOMPLEKSY ROSYJSKIEGO POSTMARKSIZMU
"Klasyczny marksizm to stosunkowo skuteczna próba poznania samego siebie
przez nowy rozum dialektyczny”

(z recenzji książki Марксизм и полифония разумов: Драма философских идей в 18 главах с эпилогом / Коряковцев А., Вискунов С. — Москва; Екатеринбург: Кабинетный ученый, 2016. — 682 с., zamieszczonej na stronie http://rabkor.ru/culture/2016/08/16/the-mind-and-marxism/)

Niełatwo przyjdzie nam rozstać się z postacią A. Korjakowcewa, bohatera naszego poprzedniego artykułu i barwnej postaci świata postmodernistycznej nauki, nie bez pewnych trudności pozującego na rosyjską wersję Sławoja Žižka.
Według W. Kołtaszowa, do niedawna (do wyborów prezydenckich) przyjaciela B. Kagarlickiego z redakcji Rabkoru, A. Korjakowcew jest autorem przełomu w marksizmie, przynajmniej w jego rosyjskim wydaniu. Na czym polega przełomowa” rola tego myśliciela, sam Kołtaszow nie wspomina. Dlatego przyjdzie nam zmierzyć się z próbą odnalezienia owych kamieni milowych, które uzasadniają taką ocenę.
Pierwszą oznaką nowatorskiego podejścia do interpretacji myśli Karola Marksa i do marksizmu jest odkrycie, że w ukształtowaniu tego ostatniego (tj. marksizmu) jako systemu dialektycznego większą niż G.W.F. Hegel rolę odegrał L. Feuerbach. Ta teza idzie w parze z głębokim przekonaniem A. Korjakowcewa, że dojrzałe dzieła K. Marksa należy odczytywać i interpretować w duchu „Rękopisów filozoficzno-ekonomicznych” 1844 r. (a więc z okresu sprzed ogłoszenia Manifestu komunistycznego), nigdy przez Marksa nie opublikowanych, a dzięki temu i nieznanych marksistom i działaczom rewolucyjnego ruchu robotniczego okresu od końca XIX w. do II wojny światowej (ściślej mówiąc do 1936 r.)
Jako że nadciągająca wojna światowa i wzrost faszyzmu zajęły umysły nie pozostawiając wiele miejsca na inne troski i kłopoty, oddziaływanie pism tzw. młodego Marksa mogło się objawić z pełną mocą dopiero wtedy, kiedy zwycięska nad faszyzmem koalicja cieszyła się zasłużoną satysfakcją. O ile w okresie międzywojennym krytyka polityki bolszewików z lewa odwoływała się do niespełnienia obietnicy wprowadzenia autentycznego społeczeństwa wolnych wytwórców, nawiązująca do antymarksowskich (a przede wszystkim – antyleninowskich) tendencji anarchistycznych w ruchu robotniczym, o tyle publikacja wczesnych prac Marksa dała argumenty przedstawicielom tych tendencji okołomarksistowskich, którym ciążyło dziedzictwo związane z historyczną rolą klasy robotniczej.
Ogłoszenie drukiem tych prac Marksa nie stworzyło dążenia do „uwolnienia” marksizmu od kuli u nogi, jaką był akcent położony na klasę robotniczą. Tendencje takie istniały już za życia F. Engelsa, a nawet samego K. Marksa. Były one związane ze znaczeniem, jakiego ruch robotniczy i reprezentująca go partia socjaldemokratyczna zyskiwały w życiu politycznym społeczeństw Europy. Już pierwszy rewizjonizm związany z nazwiskiem E. Bernsteina usiłował oderwać ekonomiczną analizę gospodarki kapitalistycznej i społeczeństwa burżuazyjnego od szczególnej roli robotnika przemysłowego i fabrycznego w systemie kapitalistycznej produkcji i stosunków wyzysku. Rozwój kapitalizmu, jak odczytywano myśl Marksa, prowadzi do ujednolicenia pozycji większości grup i warstw społecznych w stosunku do kapitału, a więc i do postawienia wszystkich w sytuacji podlegania kapitalistycznemu wyzyskowi, czyli do „urawniłowki”, która sprowadzi wszystkich członków społeczeństwa nie posiadających własności środków produkcji do pozycji robotnika fabrycznego. A przynajmniej do pozycji – w sensie społecznym – równoważnej jego pozycji.
Po II wojnie światowej marksizm „trafił pod strzechy”, tj. zdjęto zeń (nolens volens, wszak koalicja antyfaszystowska zobowiązuje!) odium bolszewizmu i zaczęto dostrzegać – na fali rozszerzania się zasięgu wpływu ZSRR na nowe obszary geograficzne – konkurenta, ale i motywację do zadbania o PR kapitalizmu w krajach, które nie dostały się, w ramach politycznych układów bardziej niż w wyniku spontanicznych dążeń narodów tych krajów, pod tzw. okupację sowiecką.
„Strzechy” okazały się głównie uczelniami, w których zadomowili się lewicowi intelektualiści. Ton nadawali im intelektualiści amerykańscy, potem jak minęła chwilowa fala antykomunistycznej nagonki związanej z nazwiskiem senatora McCarthy’ego. W czasie samej wojny natomiast część intelektualistów związanych z tzw. Szkołą Frankfurcką, a którzy wyemigrowali głównie z Niemiec do USA, pełniło rolę ekspertów rządu Stanów Zjednoczonych, których rady były niezbędne dla skutecznego prowadzenia wojny z III Rzeszą.
Intelektualne kręgi przedwojennego, europejskiego marksizmu od dawna odnosiły się krytycznie do eksperymentu Rosji bolszewickiej, głównie z perspektywy potępienia dla „czerwonego terroru”. W. Lenin nie miał wśród towarzyszy dobrej prasy już od czasu, kiedy „ujawnił” swe antydemokratyczne ciągoty w polemikach z prodemokratycznymi (i, jednocześnie, rozmywającymi robotniczy rdzeń koncepcji Marksowskiej) tendencjami w II Międzynarodówce. Cóż z tego, że „demokraci” z II Międzynarodówki pokazali swe prawdziwe oblicze przy okazji przygotowań do I wojny światowej i gorliwość w utopieniu we krwi rewolucji niemieckiej, która była nadzieją bolszewików na wyciągnięcie ludów Peryferii do poziomu cywilizacji zachodniej dzięki zwycięstwu socjalizmu w skali światowej, a przynajmniej europejskiej.
Zachowanie socjaldemokratów w obliczu I wojny światowej jest prototypem hipokryzji, która cechuje tzw. lewicę po dziś dzień. Weźmy przykład imigracji nielegalnych uchodźców z krajów objętych działaniami wojennymi, wywołanymi przez konflikty interesów zachodnich graczy na tym obszarze. Podobnie jak w przypadku głośnego pohukiwania socjaldemokratów II Międzynarodówki, że towarzysze nie dadzą się podzielić i tego, jak było w rzeczywistości, obecnie słyszymy nie mniej głośne pohukiwania tzw. lewicy w sprawie humanitaryzmu, który nie pozwala im na odmówienie uchodźcom prawa azylu w Europie. Jednocześnie, ten głos humanitaryzmu rozbrzmiewa z takim hukiem tylko dlatego, że służy owej „lewicy” do piętnowania prawicy (obecnie w większości przypadków przy władzy) jako antyhumanistów. Przy okazji dzieli się włos na czworo przychylając się do rozróżnienia na „dobrych” imigrantów-uchodźców przed agresją, którą sama ta „lewica” entuzjastycznie popierała w okresie tzw. Arabskiej Wiosny, od tych, którzy uciekają „jedynie” przed nędzą wywołaną tą samą przyczyną.
„Lewica” ma to szczęście, że sytuacja polityczna nie stwarza jej zagrożenia usłyszenia pokerowego polecenia „Sprawdzam!”
Wracając do Korjakowcewa, warto zauważyć, że jego pomysły bynajmniej nie czekały na odkrycie „Rękopisów filozoficzno-ekonomicznych”. Brak aprobaty dla Marksowskiej koncepcji szczególnej roli klasy robotniczej jako czynnika rewolucyjnego, utrzymującego swe znaczenie przez cały okres walki i przezwyciężania kapitalizmu, nie pojawił się jak Filip z konopi po 1936 r. Filozoficznie, system dialektyczny powstały na bazie przemyślenia i przewartościowania dialektyki Heglowskiej, który ustanawiał klasę robotniczą jako kategorię filozoficzno-krytyczną marksizmu, został w ruchu robotniczym zastąpiony przez neokantyzm, bliski sercu tego, co dziś nazywamy „lewicą anatomiczną”, czyli przyznającą się do posiadania organu tłoczenia krwi po lewej stronie (choć w praktyce przyjmują za naukowym doświadczeniem, iż serce znajduje się bliżej centrum ciała).
Rewizjonizm II Międzynarodówki był więc krokiem wstecz w stosunku do dialektyki Marksowskiej, ale i Heglowskiej. Oryginalnym (?) pomysłem dwojga autorów, z których jeden to Korjakowcew, jest cofnięcie filozoficznego fundamentu marksizmu o kolejny krok – do Feuerbacha. Można by oskarżyć Korjakowcewa o odczytywanie myśli Marksa wspak czy wstecz. Niemniej, gwoli sprawiedliwości należy zauważyć, iż dzieło Feuerbacha było narzędziem przewartościowywania dialektyki Heglowskiej przez Marksa. Na tej kruchej podstawie Korjakowcew opiera swe „odkrycie”, że większą wagę dla teorii marksizmu ma Feuerbach niż Hegel. Feuerbachowi Marks zawdzięczał zdanie sobie sprawy z tego, w jaki sposób doświadczenie społeczne, doświadczenie stosunków międzyludzkich, utrwala się w zbiorowej świadomości jako coś niezależnego od poszczególnych jednostek, coś, co jednostka zastaje jako dziedzictwo kulturowe, które niezwykle trudno jest zakwestionować. To doświadczenie kształtuje formy naszego myślenia, a ponieważ jest odzwierciedleniem doświadczenia społecznego, które jednocześnie kształtuje się w relacji społeczeństwa do przyrody i jej praw, formy naszego myślenia odzwierciedlają obiektywne reguły kierujące światem przez to, że nasze myślenie dotyczy świata obiektywnego, materialnego. Wystarczy zdać sobie sprawę z tego, że najświętsze prawdy są tylko odbiciem naszego stosunku do świata materialnego, aby zrozumieć zawiłą logikę dialektyczną stworzoną przez filozofię.
Niemniej, Marks kładł nacisk na to, że doświadczenie ma charakter gatunkowy, ponadjednostkowy. W realnym świecie początku XIX wieku, zrozumienie istoty społecznego wyzysku uzasadnianego wyższą koniecznością zgodności z porządkiem świata wymagało zrozumienia, jaki podmiot społeczny, którego materialna dyskryminacja była sankcjonowana w moralności przez panującą ideologię jako obiektywna konieczność, jest dzięki temu zdolny – jako jedyny – do zakwestionowania tej ideologii przez wskazanie, że w jego przypadku wychodzi na wierzch to, że rzeczywistość jest akurat odwrotna do panujących „świętych” przekonań o charakterze oczywistej oczywistości.
Tak jak Feuerbach w genialnej prostocie ujął to, że w uświęconym przekonaniu wszystkie przymioty Boga są tylko wyabstrahowanymi od przypadkowych naleciałości cechami człowieka, tak w sytuacji robotnika fabrycznego ujawnia się prawda o tym, kto tak naprawdę jest wytwórcą wartości o kluczowym znaczeniu dla społeczeństwa ludzkiego. Tak jak w przypadku idei Boga, koniecznością było odebranie Człowiekowi po to, aby móc oddać to Bogu, tak w przypadku robotnika – odebrano mu wszystko, aby móc przypisać to mocy wyidealizowanego społeczeństwa, które materialne podstawy swego rozwoju czerpie z własnego, przepastnego i niezgłębionego wnętrza.
W przeciwieństwie do Feuerbacha, Marks uwolnił się od jeszcze jednej abstrakcji zastępującej (i przez to utrwalającej) alienację społeczną – ahistoryczne pojęcie Człowieka.
Konkretnohistorycznym podmiotem krytycznego przezwyciężenia zafałszowania prawdziwych, materialnych relacji społecznych w okresie kapitalizmu jest właśnie robotnik przemysłowy. To dopiero po okresie „Rękopisów…” Marks znalazł ten właściwy, konkretnohistoryczny podmiot, który pozwolił mu przezwyciężyć idealistyczny system Hegla i nie popaść w niekonsekwentny materializm Feuerbacha.
Podmiot odnajdywany przez tzw. nową radykalną lewicę faktycznie cofa się do kategorii Człowieka, w rozumieniu Feuerbacha, jako podmiotu. Korjakowcew ze swoistym wdziękiem pierwszej naiwnej odsłania to źródło i składową nowolewicowej rewizji marksizmu.
Alienacji podlega tak żebrak, jak i król. W takim ujęciu, pojęcie alienacji nie tłumaczy niczego. Jeżeli zamiast Boga jako odpowiedzialnego weźmiemy społeczeństwo, tak jak jest ono urządzone, mamy do czynienia z tą samą jałowością, jak ta, która zgłasza pretensję do Boga.
Przy okazji – mamy tu do czynienia z wiernym wizerunkiem własnym sławetnej Nowej Lewicy…
Aby nie być gołosłownym, zacytujmy streszczającą myśl autorów książki recenzję Rabkoru: „Podstawą marksizmu wcale nie jest ‘analiza kapitału’ czy ‘nauka o walce klasowej’, ale prezentacja historii ludzkiej, oparta na antropologii humanistycznej”.
Drugim, hipotetycznym, przełomowym elementem stanowiska Korjawcewa może być (bynajmniej nieoryginalna myśl), że „… historia ludzka przedstawia się jako historia samoalienacji człowieka poprzez pracę…” I tak: „komunizm to nie stan idealny [pojawiający się] na koniec dziejów, ale ruch, który stwarza wszystkie nowe możliwości przezwyciężenia samoalienacji pracy i pracy jako takiej”.
Ruch wszystkim, cel niczym, chciałoby się rzec… Tajemnicą problemu alienacji pracy jest to, że relacja jednostki do społecznego procesu pracy nie jest jednakowa w każdym przypadku. Takie ujęcie, jakie prezentuje lewica w swej dominującej całości, jest nieprzezwyciężonym materialistyczno-idealistycznym ujęciem Feuerbacha, które grzeszy brakiem konkretności. W przeciwieństwie do Marksa, dodajmy.
Sprawa ma charakter nieco skomplikowany. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że cel – zniesienie pracy – jest zgodny z komunistycznym zamysłem Marksa. Zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę, iż w młodości Marks ćwiczył Heglowskie wprawki i stawiał sylogistyczne rozwiązania problemów filozoficznych w ujęciu – jak na ten etap jego rozwoju przystało – abstrakcyjnym. Później Marks nie przejawiał skłonności do spekulowania na temat przyszłego społeczeństwa bezklasowego.
Jako pracę alienującą w pojmowaniu Marksa możemy postawić takie wydatkowanie siły roboczej pod przymusem (fizycznym lub ekonomicznym), które miało na celu materialną reprodukcję społeczeństwa. Rozwojem istoty gatunkowej człowieka nazywał taką aktywność, która rozwijała zdolności i talenty ich nosiciela. To była aktywność przejawiana w czasie wolnym (wolnym od pracy, a więc: nie-praca). Alienacja jako obiektywizacja w zewnętrznej postaci własnych mocy twórczych nierówna jest alienacji polegającej na wyzbywaniu się własnych mocy twórczych. Alienacja, tak jak śmierć, nie jest jednak równa dla wszystkich, wbrew samopocieszaniu się tych, co na dnie.
Nie ma podstaw do przypuszczenia, iż nawet najbardziej radykalni przedstawiciele tzw. nowej radykalnej lewicy będą za zniesieniem pracy rozwijającej talenty jednostki ludzkiej.
I faktycznie, ci reprezentanci lewicy domagają się wyłącznie jak najlepszego wynagrodzenia za taką nie-pracę. Ba, licytują się w wysuwaniu argumentów na rzecz tego, iż nie należy upowszechniać takiej nie-pracy wśród szerokich rzesz społeczeństwa, ponieważ… nie ma takiej potrzeby, zaś społeczeństwo nie byłoby w stanie zapewnić wszystkim wykonawcom nie-pracy wystarczająco dobrego wynagrodzenia.
Tzw. nowa radykalna lewica i jej epigoni, w rodzaju A. Korjakowcewa, plączą się tutaj w pewnej sprzeczności. Z jednej strony, we współczesnym społeczeństwie, zniesienie pracy (czytaj: zarobkowej) wymagałoby zniesienia tych rodzajów prac, które u Marksa są nie-pracą. Ewentualnie uznanie, że nie jest to rodzaj pracy, o jaką chodziło klasykowi. Z drugiej strony, założenie, że Marks miał na myśli – jako podmiot historii emancypacyjnej – nie robotników fabrycznych, ale wszelkich pracowników najemnych, wymaga rozumienia nie-pracy jako pracy w sensie pracy produkcyjnej, czyli reprodukującej materialne warunki istnienia społeczeństwa.
Radykalna lewica stopniuje swój radykalizm w ujmowaniu tej kwestii. „Ekstermiści” (w rodzaju brytyjskiej SWP i Pracowniczej Demokracji) uważają, że klasycy w ogóle nie wyróżniali robotników fabrycznych, ale jednakowo traktowali wszystkich pracowników najemnych, w tym służbę domową i baletnice. Ten „ekstremizm” okazuje się jednak nurtem ugodowym, desperacko usiłującym zachować topniejący jak zeszłoroczny śnieg szacunek dla klasyków, jeśli wziąć pod uwagę, iż nie naciągający faktów lewicowcy w stylu Korjakowcewa po prostu zarzucają Marksowi gruby błąd przy obstawaniu przy robotnikach przemysłowych jako podmiocie rewolucyjnym.
Zachodnia lewica ewoluowała w swoich poglądach na rolę i znaczenie klasy robotniczej, argumentując zmianami zachodzącymi w modernizującej się klasie robotniczej pod wpływem rewolucji technicznej i zmian społecznych po II wojnie światowej. Świat się zmienił, a wraz z nim i klasa robotnicza, która w niczym już nie przypomina swej odpowiedniczki w epoce Marksa.
Jednocześnie, z powodu rewolucji technicznej, inne typy pracowników stały się znaczące, jeśli nie decydujące pod względem reprodukcji społeczeństwa.
Tu mamy do czynienia z najbardziej prawdopodobnym przełomem autorstwa Korjakowcewa, o którym wspomina W. Kołtaszow. Przełom ma odniesienie do Rosji, przede wszystkim, w tym względzie, iż – w odróżnieniu od innych krajów byłego obozu socjalistycznego – przywiązanie do postaci robotnika przemysłowego ma korzenie w tradycji Rewolucji Październikowej (która autentycznie spełniła tę samą rolę świadomościową, co Rewolucja Francuska w przypadku społeczeństwa francuskiego). Chociaż robotnik przemysłowy miał charakter podmiotu czysto deklaratywnego w państwie biurokratycznym, z industrializacją był związany niezwykły postęp gospodarczy i społeczny Związku Radzieckiego. Paradoksalnie, poststalinowcy rosyjscy przechowują tę deklaratywną tradycję, której znaczenia sami nie rozumieją. W obliczu zalewu zachodniolewicowej propagandy, która usiłuje zagarnąć „ziemie dziewicze” po stalinizmie (tak jak to się udało w innych krajach b. bloku radzieckiego), ważną rolę odgrywa przywiązanie do wyróżniających symboli, choćby i bezużytecznych w inny sposób.
O ile więc zachodnia lewica jakby ukradkiem i z niejakim wstydem wycofała się z marksowskiej koncepcji klasy robotniczej, co było klasycznym przejawem dorabiania ideologii do smutnej konieczności szukania bazy zastępczej, o tyle w dzisiejszej Rosji klasę robotniczą atakuje się wprost jako faktyczne źródło hańby, źródło sprzeniewierzenia się wartościom demokracji i humanizmu, jako faktyczne źródło degeneracji lewicy w pewnym segmencie i okresie jej aktywności.
Autorzy książki ujmują przyczyny tej pomyłki Marksa w następujący sposób: „… niedostateczny stopień rozwoju [kapitalizmu] stał się przyczyną, dla której Marks i liczni jego następcy umieścili niespełnione nadzieje w proletariacie przemysłowym jako klasie, faktycznie zdolnej do skruszenia kapitalizmu. Znieść kapitalizm mogłaby klasa, która znajdowałaby się w takim samym stosunku do burżuazji jak proletariat przemysłowy, ale w o wiele większym stopniu niż on byłaby klasą produkcyjną, wytwarzającą zarówno intelektualny, jak i materialny produkt”.
Jednym słowem, Marks nie miał większego wyboru – musiał zaufać klasie, której potencjał intelektualny i świadomościowy, mówiąc delikatnie, pozostawiał wiele do życzenia. (Pozostaje słodką tajemnicą Nowej Lewicy, dlaczego Marks nie zwrócił się w tej kwestii do baletnic – choć może i próbował, uczęszczając do kabaretów. Jednak, jak widać, bez widocznego efektu…)
Jednocześnie, Korjakowcew i Wiskunow przyznają, że nie było poza klasą robotniczą innej klasy, która pozostawałaby w relacji do burżuazji w takim samym położeniu. A więc, nie wystarczy stosunek najemny, jak chcą tego posttrockiści i Nowa Lewica.
Faktycznie, Korjakowcew chłoszcze i Nową Lewicę: „Lewackie próby znalezienia alternatywy dla proletariatu jako siły rewolucyjnej w postaci zmarginalizowanych warstw społecznych były od samego początku skazane na niepowodzenie. Współczesny prekariat, w tej mierze, w jakiej jest pojmowany w tej ‘marginalnej’ perspektywie, także ‘nie jest tą klasą’.”
Wedle Korjakowcewa i Wiskunowa, mających doświadczenie ostatnich lat, nie ulega wątpliwości, że nie w kierunku potrzebujących należy się zwrócić, jeśli chce się rewolucyjnego przeobrażenia społeczeństwa. Przy czym „rewolucyjność” nie oznacza tu krwawego przewrotu, ale radykalne przeobrażenie społeczeństwa. Cokolwiek by to znaczyło.
Autorzy piszą więc: „Jeśli sądzić z perspektywy ostatecznego celu ruchu emancypacyjnego przemysłowej klasy robotniczej – likwidacji panowania kapitału, to nieuchronnie trzeba będzie stwierdzić, że ruch rewolucyjny przemysłowej klasy robotniczej w pierwszej połowie XX wieku poniósł klęskę – ale nie z rąk burżuazji, tylko z rąk samych pracujących. Masowemu, społeczno-psychologicznemu typowi [człowieka] epoki industrialnej realizacja tych ostatecznych celów okazała się niepotrzebna” (wszystkie cytaty za recenzją w Rabkorze).
Proletariatowi przemysłowemu „nie było do luksusów” w tej mierze, w jakiej zasadniczym jego zadaniem było zabezpieczenie elementarnych warunków godnego istnienia: skrócenie dnia pracy, akceptowalny poziom konsumpcji dla zabezpieczenia reprodukcji siły roboczej, wystarczający czas wolny itp. I te właśnie zadania zostały zrealizowane – stwierdzają autorzy – chociaż nie zaspokajało to ambicji proletariackich rewolucjonistów.
„Dziś nie ma ani tego proletariatu, ani tej burżuazji, co w czasach Marksa; wielka rewolucja socjalistyczna pierwszej połowy XX wieku odmieniła ich. W krajach kapitalistycznych nie panuje czysta burżuazja, ale konglomerat burżuazji z biurokracją państwową; odpowiednikiem tego panowania w ZSRR było panowanie ‘socjalnej biurokracji’.”
Pod maską „społeczeństwa postindustrialnego kapitalizmu”, „społeczeństwa konsumpcyjnego”, keynesizmu czy neoliberalizmu kryją się różne warianty Marksowskiej „uspołecznionej własności prywatnej”, czyli inaczej: „prymitywnego komunizmu”, prowadzącego do logicznego zwieńczenia tendencji rozwojowych kapitalizmu industrialnego i pierwszego etapu rozkładu prywatnowłasnościowych stosunków – ich nieukończonego odrzucenia.
Co najważniejsze: „Świat wciąż pozostaje światem pracy z jego apoteozą pracy”.
Zadaniem na dziś jest poddanie krytyce całego świata pracy ucieleśnionego w efektach ruchów emancypacyjnych przemysłowej klasy robotniczej, a także całej jego jednostronności. „Trudność polega na tym, że ta krytyka okaże swą moc jedynie z perspektywy nieporównanie wyższego stopnia społecznego wykształcenia, pojawiającego się w procesie ‘znoszenia pracy’ (Marks) i rozumianego samo przez się przejścia do twórczej samoaktywności w ramach produkcji informatycznej”.
Dziś mamy już spełnione warunki wstępne dla postulowanej przez autorów „drugiej syntezy dialektycznej”, które spełni się, jeśli społeczeństwo będzie się rozwijać w kierunku emancypacji jednostki na podstawie likwidacji pracy i ustanowienia wolnej, emocjonalno-duchowej aktywności.
Autorzy są wyrozumiali dla Marksa – marksizm nie mógł być mądrzejszy od swoich czasów, jednak metoda, jaką proponuje jawi się taką, o ile nie zapomina o tym, że sama jest przedmiotem własnej krytyki.
I wreszcie, mamy kwintesencję charakterystycznego sposobu myślenia intelektualistów uwolnionych nareszcie od przymusu liczenia się z otaczającą rzeczywistością: „… jest to książka o marksizmie i o iluzjach, które w dużym stopniu biorą się stąd, że w intencji miał być nauką, zaś potraktowano go jako użyteczną wiedzę polityczną”.
*
Sprawa z klasą robotniczą jest prostsza niż to sobie wyobrażają intelektualiści.
W jednym z autorami należy się zgodzić – komunizm nie jest idealnym, wydumanym społeczeństwem. Ba, jego osiągnięcie nie stanowi końca historii, a tylko koniec „prehistorii ludzkości”. Ta prehistoria to epoka, w której zniewolenie bezpośredniego wytwórcy jest warunkiem rozwoju cywilizacyjnego, a to ze względu na niedostatecznie rozwinięte siły wytwórcze.
Kapitalizm – z jego dynamiką rozwoju sił wytwórczych – po raz pierwszy pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb wszystkich członków społeczeństwa. Jak w żadnym dotąd społeczeństwie bezsens nierówności w zaspokajaniu elementarnych potrzeb rzuca się w oczy. Jednocześnie sam wyzysk jest maskowany dzięki temu, że przybiera postać przymusu ekonomicznego, a nie bezpośredniego, fizycznego.
Robotnik nie ma być podmiotem wymyślającym kształt komunizmu wedle swoich fantazji. Warunkiem komunizmu jest zniesienie specyficznego statusu społecznego, którego nosicielem jest właśnie robotnik, czyli ten podmiot społeczny, który pozyskuje od przyrody środki reprodukcji życia, nie będąc właścicielem ani przyrody, ani narzędzi służących do jej przekształcania. Władza podejmowania decyzji dotyczących produkcji znajduje się poza nim, więc proces produkcji ma charakter niezwiązany z potrzebami bezpośredniego producenta, co byłoby warunkiem zrównoważonego procesu wytwórczego.
Jeżeli wszyscy staną się na równi bezpośrednimi wytwórcami, poziom produkcji po osiągnięciu maksymalnego poziomu ulegnie dostosowaniu do potrzeb ludności, a nie będzie dążył do nadmiaru, który rodzi się, gdy członkowie społeczeństwa nie panują nad warunkami produkcji. Tylko przesadna obfitość prowadząca do marnotrawstwa jest w stanie zaspokoić potrzebę poczucia zabezpieczenia przed głodem w… społeczeństwie obfitości. Interes klasowy robotnika jako bezpośredniego wytwórcy jest obiektywnym gwarantem przywrócenia zrównoważonej produkcji, ponieważ społeczeństwo obfitości nie liczy się z marnotrawstwem czasu wytwórcy, uważając, że zadowalają go pieniądze. Zmarnowanego potencjału tkwiącego w ludziach nie są w stanie wynagrodzić żadne pieniądze.
Oczywiście, można osiągnąć zadowolenie producenta skracając czas pracy i podnosząc wynagrodzenie. W jakimś stopniu producent może uczestniczyć w rozrywkach czasu wolnego. Nie są to jednak zajęcia, które rozwijałyby jego potencjał – nie rozwija bowiem bierne uczestnictwo w taniej rozrywce. To zabijanie czasu między dwoma okresami pracy. Czyli – komunizm dla elit, brak komunizmu dla roboli. I tak od czasów Platona…
Niektórzy z tych, którzy nie są bezpośrednimi producentami na rzecz zaspokajania masowych potrzeb, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że rozwijanie potencjału intelektualnego wymaga zaangażowania i czasu. O ile wcześniej tacy ludzie utrzymywali się albo z posiadania majątku własnego, albo z korzystania z majątku mecenasa, o tyle dziś żyją oni z komercjalizacji własnego potencjału, co czyni ich podatnymi na konkurencję na rynku pracy. Dla nich czas wolny i czas pracy twórczej to jedno i to samo. Zarobkowanie na pracy twórczej jest dla nich – słusznie – upokorzeniem. W społeczeństwie burżuazyjnym ta współcześnie określana jako „kognitariat” grupa społeczna została brutalnie wtrącona w szeregi armii pracy i włączona do kapitalistycznej walki o wyciskanie maksimum zysku.
Tradycyjna od tysiącleci pogarda dla ludzi ciężkiej pracy fizycznej jest dziś pogłębiana i utrwalana ze względu na zepchnięcie pracy umysłowej do poziomu pracy zarobkowej. Z punktu widzenia posiadaczy środków produkcji jednak nie ma znaczenia rodzaj pracy, aby tylko praca ta przynosiła im zysk. Wraz z upowszechnieniem edukacji praca intelektualna straciła wiele ze swej tajemniczości, niedostępności i idącego w ślad za tym prestiżu.
Wynika stąd prosty wniosek, iż komunistyczny ideał polegający na upowszechnieniu czasu wolnego i stworzeniu wszystkim ludziom warunków do rozwijania potencjału intelektualnego jest możliwy wyłącznie w sytuacji, kiedy nie będzie już istniała praca zarobkowa. Tylko wówczas nie będzie bezpośredniej przyczyny dla odradzania się rywalizacji – poza rywalizacją pod względem jakości wytworów indywidualnego talentu.
Komunizm nie jest końcem historii, co oznacza, że nie ma innych ambicji, jak tylko zniesienie nierówności na tle ekonomicznym, warunków życia i możliwości rozwijania potencjału. Komunizm nie wypowiada się na tematy związane z kwestiami genderowymi, rasowymi, gustów literackich itp. Każdy komunista może mieć swoją opinię na ten temat i walczyć o jej upowszechnienie. Ponieważ te wszystkie kwestie mają charakter kulturowy, czyli są wytworem określonej kultury i jej tradycji (nawet – jak podkreślają sami zwolennicy kwestii mniejszościowych – problemy płci mają charakter kulturowy), ich rozwiązanie będzie zależało od ogólniejszych wyborów dokonywanych przez społeczeństwo w ramach tworzenia swojej kultury. Co pociągnie za sobą konieczną dyskryminację pewnych przekonań, ale będzie to się odbywało w warunkach wolnej konkurencji postaw i poglądów. Sprzeczności i poczucie krzywdy jednak będą dalej istniały, ale nie będą one prowadziły do dyskryminacji ekonomicznej. I tyle.
Komunizm, ten w wydaniu Marksa, stawia sobie bowiem o wiele skromniejsze zadanie. W sytuacji robotnika przemysłowego skupiają się doświadczenia całych pokoleń klas podporządkowanych i wyzyskiwanych, a które ponosiły od początku koszt rozwijania sił wytwórczych i idącej za tym cywilizacji. Walka tych klas nigdy dotąd nie zakończyła się sukcesem. Ani niewolnicy, ani chłopi nie wywalczyli swego komunizmu. Marks uświadamia nam dlaczego tak się działo. Twierdzi, że było to wynikiem niedostatecznego jeszcze na wcześniejszych etapach rozwoju ludzkości poziomu sił wytwórczych. Nadwyżka produkowana w ramach systemu niewolniczego czy w ramach feudalnego wyzysku chłopów nie była wystarczająca dla zaspokojenia potrzeb wszystkich członków społeczeństwa na godziwym poziomie. Dopiero dynamiczny rozwój sił wytwórczych w ramach gospodarki kapitalistycznej zdołał przekroczyć ten zaklęty próg. To jest powód, dla którego Marks z takim podziwem wypowiadał się o postępowej roli burżuazji na jej wczesnym etapie rozwoju. Jednak wbrew Sławomirowi Sierakowskiemu, na tym podziw Marksa dla burżuazji się kończy!
Kiedy pojawiła się możliwość zaspokojenia potrzeb wszystkich członków społeczeństwa, kapitalizm musiał ten fakt ukryć, a więc i udoskonalić metodę ukrytego wyzysku. W ten sposób klasy panujące i posiadające ukryły przed masami tę możliwość, która oznaczała przejście od prehistorii do prawdziwej historii ludzkości. Prawdziwej, czyli wreszcie nie opartej na jawnym czy ukrytym wyzysku jednej grupy społecznej przez inną.
Współczesna lewica ma swoisty problem ideowy – zauważa bowiem, że nasza cywilizacja ma potencjał oderwania warunków życia ludności od konieczności świadczenia i maksymalizowania nakładu pracy niezbędnej do reprodukcji społeczeństwa na danym poziomie. W oderwaniu od ruchu robotniczego ta lewica jednak zaczyna snuć z własnej głowy (czyli z niczego, z fantazji) marzenia o realizacji własnych postulatów zrodzonych nie z doświadczenia ekonomicznego wyzysku, czyli twardego, materialnego fundamentu wszelkiego wyzysku, ale z doświadczeń grup społecznych żyjących w oderwaniu od realiów życia naznaczonego ciężką pracą fizyczną.
Prowadzi to ją do przyznania, że współczesny kapitalizm, o ile tylko zachowuje normy demokratyczne, jest w zasadniczym stopniu realizacją jej własnych wyobrażeń o komunizmie, a raczej o socjalizmie (ten pierwszy kojarzy się z dyktaturą proletariatu, a więc jest antynomią demokracji). Prawidłowo dostrzega możliwość wprowadzenia tu i teraz zasad podziału komunistycznego (dochód gwarantowany, czyli każdemu wedle jego potrzeb – elementarnych, rzecz jasna). W ciągu kilku dekad konkurowania z blokiem „realnego socjalizmu” kapitalizm udowodnił (zdradził się), że dojrzał w pełni do przewrotu komunistycznego – lewica widzi, że Marks słusznie to zauważył już 100 lat wcześniej. Dziś kapitalizm za wszelką cenę usiłuje zatrzeć to „złe wrażenie”.
Najlepszym dowodem na dojrzałość kapitalizmu do przewrotu komunistycznego są nadmiary wszelkiego rodzaju towarów, w tym żywności, odzieży, leków, dostępu do edukacji wszelkiego typu. Oczywiście, są to nadmiary względne, które obserwujemy z tego względu, że kumulują się one w krajach tzw. Centrum. Jednak to, że rozwarstwienie społeczne przenosi się na cały świat, powoduje, iż zaciera się różnica między Centrum a Peryferiami. W ten sposób realizuje się dialektyczna prawidłowość, czyli potencjał komunizmu upowszechnia się na całym globie, choćby realizowało się to w najbardziej szalony sposób.
Współczesna lewica, która w obliczu dialektycznego postępu potencjalnego procesu komunizacji planety skupia się na stawianiu coraz bardziej wyrafinowanych postulatów dotyczących kwestii indywidualnych, sztucznie agregowanych w problemy społeczne, obiektywnie działa w kierunku sprzecznym z postępem. Pełni rolę społecznie reakcyjną. Wysuwa swoje partykularne postulaty, których istota polega na ich jednostkowości i niemożności rozwiązania jednolitym dla wszystkich posunięciem czy biurokratyczną regulacją. Wysuwa je na obraz i podobieństwo prawdziwie jednolitego interesu całej ludzkości, jakim jest zniesienie różnic klasowych, bez znoszenia wszakże różnic indywidualnych!
Nowa Lewica domaga się ujednolicenia postaw wobec różnic indywidualnych przy obojętności wobec kwestii zróżnicowania ludzkości na grupy wyzyskiwane i wyzyskujące. Domaga się aptekarskich rozwiązań dla mnożących się jak króliki kwestii zróżnicowania kulturowego przy ignorowaniu prostego i uwłaczającego godności ludzkiej zróżnicowania klasowego.
Lewica przyjmuje rozwiązanie podsuwane przez usłużną propagandę burżuazyjną, która obłudnie wmawia, że konieczne jest zachowanie różnic klasowych na poziomie produkcyjnym, czego rekompensatą ma być uczestnictwo w konsumpcjonizmie na poziomie efektywności popytu członków danego społeczeństwa. Ukrywanie faktu tego ideowego łapówkarstwa, które jest udziałem współczesnej lewicy, polega na mnożeniu postulatów radykalizujących demokrację współczesnego społeczeństwa klasowego. Lewica wprost odrzuca Marksowskie postrzeganie konfliktu klasowego na poziomie produkcji materialnej, dzięki czemu staje się wspólniczką propagandy burżuazyjnej, zaś jej antykapitalizm jest zaledwie pustą deklaracją.
Powtórzmy, społeczeństwo kapitalistyczne jest od dawna gotowe na przewrót komunistyczny. Jego warunkiem jest uświadomienie sobie własnych interesów przez klasę robotniczą, czyli klasę znajdującą się w ściśle określonym stosunku do klasy kapitalistów. Ten ściśle określony stosunek polega na sprzężeniu obu tych klas w procesie produkcji materialnej, materialnego bogactwa społecznego. Żadna inna klasa nie pozostaje w takiej relacji do klasy kapitalistów, nawet słynne śpiewaczki z Metropolitan Opera.
Właśnie ten z pogardą przytaczany przez Korjakowcewa fakt, że klasa robotnicza jest przywiązana do idei zaspokojenia ELEMENTARNYCH potrzeb, stanowi o odporności tej klasy na dryfowanie z prądem burżuazyjnej ideologii i o jej instynktownym przywiązaniu do koncepcji poszanowania dla pracy fizycznej i produkcyjnej – w przeciwieństwie do pogardy wyrażającej się w aberracyjnych koncepcjach łżelewicy o celu, jakim jest zniesienie pracy jako takiej.
Korjakowcew nie wynalazł pogardy ani nienawiści do klasy robotniczej – zaświadcza o niej już stosunek intelektualnych przywódców Solidarności do robotniczego trzonu ruchu, który obalił poststalinowski, biurokratyczny model społeczno-gospodarczy. O tym stosunku świadczy to, w jaki sposób klasa robotnicza została potraktowana przez dorywających się na jej plecach do władzy antyrobotniczych, antykomunistycznych opozycjonistów, a także tzw. postkomunistycznych renegatów biurokracji.
W koncepcji zniesienia pracy nie chodzi o zniesienie „pracy” twórczej, ale o zniesienie jej funkcji jako środka zarabiania na życie. Było to możliwe w okresie, kiedy Centrum bez problemu żyło na koszt Peryferii, a kapitaliści opłacali pokój społeczny dzięki eksportowi konfliktu klasowego poza swoje granice. Po zawaleniu się otoczenia niekapitalistycznego, sprawa stała się nieaktualna. Lewica nie potrafi się z tym pogodzić. Ani z tym, że problem organizacji systemu produkcyjnego wraca na porządek dnia wraz z konsekwencjami zawężenia możliwości państwa dobrobytu, czyli z powrotem konfliktu klasowego do Centrum.
W przeciwieństwie do liberałów i lewicy, to konserwatyści dostrzegają problem produkcji. W sposób naturalny podział społecznych interesów przyciąga klasę produkcyjną do konserwatystów, szczególnie w sytuacji, kiedy lewica nie ma żadnych propozycji dla tej grupy społecznej. Opowiedzenie się za interesami tzw. kognitariatu, którego dochody są tradycyjnie nie związane ze świadczeniem pracy, ale z potencjałem intelektualnym, spycha lewicę na przeciwną stronę barykady, co robotników.
Przeświadczenie Korjakowcewa o tym, że kognitariat ma świadomość komunistyczną polega na myleniu komunizmu z systemem mecenatu państwowego. Środki na utrzymywanie tego mecenatu państwo ma z wyzysku klasy bezpośrednich wytwórców. W sytuacji, kiedy problem produkcji powraca wraz z powtarzaniem się kryzysów finansowych, czyli gospodarki wirtualnej, konflikt ulega zaostrzeniu.
Lewica rewolucyjna jest więc tą grupą, która potrafi sobie uświadomić istotę konfliktu klasowego, obiektywnie postrzegać go w perspektywie walk klasowych toczonych (i przegrywanych z ważnych powodów, wartych analizy) w ciągu tysiącleci. Klasa robotnicza jest klasą, która w tym ciągu walk pojawiła się i zastąpiła inne klasy wyzyskiwane. Sama nie jest wieczna, może zostać zastąpiona przez inną klasę. Jednak istota konfliktu pozostanie w kręgu spraw dotyczących systemu produkcji i stosunku społeczeństwa do przyrody.
W swoim związku z klasą burżuazji, klasa robotnicza uświadamia nam, że komunizm to nie jest zbiór indywidualnych, najbardziej rozpasanych fantazji na temat tego, czego byśmy chcieli, ale twarda zasada, że kryterium komunizmu jest zniesienie podporządkowania jednej klasy ludzi konieczności pracy produkcyjnej. Nie poprzez „zniesienie pracy”, ale poprzez sprawiedliwy jej podział między wszystkich, solidarnie.
Współczesna lewica traktuje podstawy materialne społeczeństwa jako dane i zagwarantowane. Jej akceptacja kapitału polega na cichym przyzwoleniu na wyzysk pracy produkcyjnej. Dlatego antykapitalizm współczesnej lewicy jest niekonsekwentny – deklaratywny, ale faktycznie godzi się ona na istnienie kapitału (jako wolnego rynku z socjalnymi amortyzatorami) jako źródła środków dla utrzymania państwa socjalnego. Jednym słowem, jako siłę produkcyjną postrzega ona kapitał (kapitalistę), ale już nie robotnika.
W ten sposób teoria Marksa staje się karykaturą samej siebie. Jest w tej postaci broniona jako jedynie słuszne odczytanie marksizmu przez pryzmat różnych koncepcji filozoficznych, przez samego Marksa przezwyciężonych, jak choćby omawiana wyżej próba cofnięcia Marksa do pozycji ucznia Feuerbacha, uczyniona przez Korjawcewa i Wiskunowa.
Kompleksy rosyjskiej lewicy postmarksistowskiej są zarazem tylko spóźnioną karykaturą kompleksów lewicy zachodniej.
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
23 września 2018 r.

JESZCZE O DIALEKTYCE, PROCESIE HISTORYCZNYM I JEGO PODMIOCIE

"... dialektyka jest nauką o ogólnych prawach ruchu zarówno zewnętrznego świata,
jak i ludzkiego myślenia"

(W. I. Lenin, Dzieła, tom 21,
KiW, Warszawa 1951, s. 42-43)

Zagadnienie naukowości w marksizmie nieodłącznie wiąże się z kwestią dialektyki. Według krytyków marksizmu, dialektyka jest zbędnym balastem, kulą u nogi dla teorii pragnącej uchodzić za naukową. W swoim eseju pt. „O stosunku Marksa do Hegla” (SKFM, Warszawa 2006) L. Althusser usiłował uporządkować niejasną dla wielu nawet zwolenników marksizmu relację między marksizmem a nauką czy też między materializmem historycznym (zastosowaniem metody dialektycznej do badania dziejów społeczeństwa) a nauką Historii, tak jak miała ona być rozumiana po Marksie.
W tezie 3 twierdzi więc: „Marks ufundował nową naukę: naukę historii formacji społecznych lub, po prostu, naukę historii” (tamże, s. 4), dodając, że do Marksa historia pozostawała techniką ideologiczną.
„Jeśli wziąć na serio to, co Marks powiada nam o dialektyce rzeczywistej historii, trzeba stwierdzić, że historię tworzą nie ‘ludzie’ (choć dialektyka historii realizuje się w nich, w ich praktyce) – lecz masy powiązane stosunkami walk klasowych” (tamże, s. 5), rozwija dalej swą myśl Althusser. Na tym stwierdzeniu ufundowany jest jego wniosek, iż odkrycie przez Marksa „kontynentu Historii” umożliwia rewolucję w filozofii – przejście od interpretacji do zmiany świata (11. teza o Feuerbachu).
Wedle Althussera dialektyka, którą Marks kreuje w Kapitale, jest wynikiem zastosowania do krytycznej obróbki ekonomii politycznej Ricarda przekształconej dialektyki Hegla. W tym kontekście „przekształcona” (odwrócona) dialektyka oznacza dialektykę Hegla, w której oddzielono „racjonalne jądro od mistycznej powłoki”. Praca ta, jak sugeruje Althusser, została w zasadzie dokonana przez Feuerbacha, który „przekroczył” Kanta i „odwrócił” Hegla (tamże, s. 10): „…kantowski problem Idei i Historii, przezwyciężony przez Hegla w teorii Duch jako najwyższego momentu Idei, u Feuerbacha znajduje swe rozwiązanie w osobliwej teorii konstytutywnej intersubiektywności Rodzaju Ludzkiego. Jako zasadę wszystkich tych rozwiązań odnajdujemy zawsze Człowieka…” (tamże, s. 10).
I dalej: „Oto więc Humanizm teoretyczny, z którym miał do czynienia Marks” (tamże, s. 11).
„Fundamentalnym następstwem tej teoretycznej regresji [Feuerbacha], … jest to, że powoduje ona niesłychane zawężenie istniejącej problematyki filozoficznej, dokonane pod pozorami jej ‘odwrócenia’… nie znajdziemy u niego teorii historii” (tamże, s. 11).
Niemniej, „bez wątpienia tym, co nieuleczalnie piętnuje heglowską koncepcję historii jako procesu dialektycznego, jest zawarta w niej teleologiczna koncepcja dialektyki. Koncepcja ta wpisana jest już w same struktury dialektyki heglowskiej, i to w nadzwyczaj ściśle określonym punkcie: w idei Aufhebung … wyrażonej bezpośrednio w heglowskiej kategorii negacji negacji…” (tamże, s. 11)
„Zatem krytykując heglowską filozofię historii za to, że jest teleologiczna …, ale jednocześnie przejmując heglowską dialektykę jako taką – popada się w osobliwą sprzeczność. Albowiem sama dialektyka heglowska jest już teleologiczna w swych strukturach, skoro kluczową jej strukturę – utożsamianą z dialektyką samą – stanowi negacja negacji, która jest kategorią na wskroś teleologiczną” (tamże, s. 12).
„Heglowi zresztą zawdzięcza Marks jeszcze coś więcej, czego Feuerbach również nie domyślał się nawet… mianowicie pojęcie procesu bezpodmiotowego. … utrzymuję – pisze Althusser – że ta właśnie kategoria procesu bezpodmiotowego … stanowi najdonioślejszy dług Marksa wobec Hegla” (tamże, s. 12).
Tak więc, wedle Althussera, „Historia jest procesem bez podmiotu” (tamże, s. 12) czy inaczej: „Usuńmy teleologię, a pozostanie ta kategoria filozoficzna, którą odziedziczył Marks: kategoria bezpodmiotowego procesu” (tamże, s. 13).
„Jednakże to pozytywne dziedzictwo ma w tej postaci jeszcze charakter formalny. Pytanie, które się teraz nasuwa, brzmi zatem: jakie są warunki procesu historycznego?
I tutaj Marks już nic nie zawdzięcza Heglowi … o procesie może być mowa tylko w odniesieniu do stosunków – stosunków produkcji (do czego ogranicza się Kapitał) oraz innych stosunków (politycznych, ideologicznych)” (tamże, s. 14).
W tym rozumowaniu odtwarzamy Althusserowską argumentację na rzecz naukowości dialektyki Marksowskiej.
Althusser nie wraca już w tym eseju do kwestii mas, które są czynnikiem umożliwiającym zmienianie świata w praktyce. Ponieważ jednak proces jest bezpodmiotowy, to podmiotem nie są również masy, jakkolwiek pojmowane. Natomiast biorąc pod uwagę interesującą nas tu kwestię naukowości, która, aby nie była jałową kwestią, musi przedstawiać sobą jakieś walory. Dodając do tego ambitną tezę o stworzeniu nowego kontynentu Historii i nauki Historii nie będącej ideologią, należy sprostać sporym oczekiwaniom pod adresem tak zarysowanej dziedziny wiedzy.
Odrzucenie teleologii musi być więc zastąpione czym innym, równie ambitnym. Tym czymś może być tylko determinizm. Przyjęcie określenia historii jako procesu bezpodmiotowego stwarza pozór, że działania, w które zaangażowane są masy (nie będące podmiotem) mają charakter obiektywny. Poznanie stosunków, w które uwikłane są masy, nie wymagają metody odbiegającej od metod stosowanych w specyficznych dyscyplinach naukowych. Nowością faktyczną, która jest stawką nowej nauki – Historii, jest więc determinizm, ale determinizm obiektywny, nieskażony założonym z góry celem, czyli naukowo uzasadniony.
Relacja między materializmem historycznym a nauką, jak się wydaje, pozostała dla samego Althussera dość mglista w eseju. Odnosimy wrażenie, że oba zagadnienia: materializm dialektyczny (filozofia leżąca u podstaw nauki Historii) i nauka historii jako taka nadal pozostają odrębnymi sferami na zakończenie eseju. Powiązanie nie powiodło się. Odwołanie się do mas tworzących historię (i uzasadniających rewolucyjne przekształcenie świata) niepokojąco przybiera postać Althusserowskiego procesu bez podmiotu, stochastycznego chaosu przypadkowości lub ścisłego determinizmu opartego takoż na statystycznych prawach wielkich liczb.
Jednocześnie wrażenie to potęguje zaciekłość, z jaką Althusser tropi i karczuje pozostałości Heglowskiej teleologii w dialektyce Marksa, zidentyfikowanej tu jako prawo negacji negacji, zanegowane przez Stalina (za co Althusser chwali tego ostatniego), zapominając, że postulowana przezeń bezwzględna negacja wszelkich absolutów prowadzi do negacji negacji. Stalin – co zrozumiałe – ograniczał negację do przeszłości, natomiast jego bieżąca potrzeba polityczna stanowiła jasny jak dzień przejaw realności negacji negacji (poprzednich pozycji ideologicznych zmienianych przez Salina jak rękawiczki).
Oczywiście, stosowanie praw dialektyki do tych zjawisk politycznych, choćby i bardzo kuszące poprzez swoją analogię z prawami ogólnymi, jest nadużyciem. Niemniej, dialektyka jest w oficjalnym marksizmie nagminnie nadużywana dla celów bieżącej polityki. Czasem jako przejaw złej woli, czasem jako wygodny skrót myślowy.
Reasumując, po pracy Althussera nadal mamy odczucie, że filozof usiłuje znaleźć podręczne rozwiązanie kwestii hierarchii ważności między nauką (Historii) a metodą dialektyczną. Stwierdzając, że filozofia marksistowska, czyli materializm dialektyczny, „nie może nie być opóźniona względem nauki historii” (tamże, s. 4), Althusser nie pozbywa się piętna teleologii, ale przynajmniej udaje mu się zepchnąć ją na dalszy plan w hierarchii ważności.
I tu przechodzimy do sedna zagadnienia naukowości, tak jak ją rozumie marksizm.
Pretensje Althussera do stworzenia przez Marksa nowej nauki Historii, podbudowanej materializmem dialektycznym, wynikają z niezrozumienia relacji między filozofią materializmu dialektycznego a nauką. Dla usprawiedliwienia Althussera możemy jedynie powiedzieć, iż usiłował on uogólnić już istniejącą tradycję rozumienia materializmu dialektycznego (czy historycznego) – przez samych marksistów – jako SUBSTYTUTU nauki burżuazyjnej. Tymczasem, wygodne miejsce dla tej filozofii wygrzał już Hegel. Wystarczy przyznać materializmowi dialektycznemu tę samą pozycję względem nauki, jaką ma system heglowski względem nauki jego czasów. Nie rezygnując z demaskatorskiej funkcji marksizmu.
Najbardziej obrazowo i upraszczająco można stwierdzić, że materializm historyczny jako metodologia marksizmu miałby służyć do identyfikowania i klasyfikowania zjawisk – przedmiotów badania. Czyli cel miałby dokładnie taki sam, jak każda nauka empiryczna (istnieją tego podejścia zabawne przykłady w nauce czysto burżuazyjnej). Czym więc materializm historyczny miałby się różnić od „zwykłej” nauki?
I tu Althusser wykłada cały swój filozoficzny arsenał w obronie takiego podejścia. Ze skutkiem, jak to już stwierdziliśmy, braku sukcesu w tym dziele.
Pretensje do wyższości materializmu historycznego jako nauki Historii są ufundowane na przekonaniu, że dzięki podejściu dialektycznemu marksizm poznaje PRAWDĘ procesu historycznego, cokolwiek by to znaczyło. Stąd już tylko krok do uzurpowania sobie możliwości manipulacji procesem historycznym przez bardziej świadome prawidłowości procesów i cyniczne jednostki.
W ten sposób zresztą mści się pozornie rewolucyjne i jakże marksistowskie w retoryce odwołanie do mas jako podmiotu dziejów. Masy pozbawione świadomości celu okazują się bowiem jedynie nawozem historii, a nie jego podmiotem. Jeżeli materializm historyczny ma w ten sposób służyć ustalaniu faktów – który to sposób rozumienia marksizmu był obowiązujący przez dekady, nie tylko w stalinowskiej ortodoksji – to mamy przyczynę upadku myśli marksistowskiej po upadku instytucji władzy, która podtrzymywała sztucznie prestiż tego dziwoląga, który nieudolnie naśladował oryginał.
Dla Althussera (i jemu podobnych) pretensje do naukowości marksizmu – w postaci nauki Historii (i częściowo innych nauk społecznych dzięki niemożliwości ich poważnego badania w abstrakcji od kontekstu historycznego) – były zakorzenione w obiektywizmie poznania. A tę można było osiągnąć tylko dzięki wyrzuceniu z koncepcji wszelkiej teleologii, czyli założonych z góry celów i subiektywnych interpretacji. Przy okazji: do subiektywnych interpretacji zalicza się – z pozycji „szacownych” nauk – także perspektywa klasy robotniczej.
Jeżeli współcześnie marksiści mówią o wkładzie marksizmu do nauki, to mają na myśli wypraną z oryginalności doktrynę, którą można dostosować do każdej dyscypliny wiedzy. Jeżeli zaś mówią o przewadze marksizmu, to zazwyczaj mają na myśli poczucie swojej przewagi w interpretowaniu procesów historycznych z punktu widzenia interesów – niekoniecznie i bynajmniej nie najczęściej klasowych, ale… grupowych, z reguły przypadkowych z perspektywy ogólnego procesu historycznego.
II.
Jeżeli poważnie potraktować przytoczone wyżej motto zaczerpnięte z pracy Lenina, to hierarchia systemu poznawania świata staje się prosta i przejrzysta, choć bynajmniej nie prostacka.
„Materializm to uznanie istnienia przedmiotów samych w sobie lub poza umysłem; idee i wrażenia są kopiami lub obrazami tych przedmiotów. Przeciwstawna doktryna (idealizm) głosi, że przedmioty nie istnieją poza umysłem; przedmioty są kombinacją wrażeń” (Lenin, Dzieła, tom 21)
Wbrew pozorom, rzecz nie idzie tu o spór o absolutne istnienie przedmiotów (idei – w sensie Berkeleya). Zakwestionowanie najbardziej zdroworozsądkowego przekonania o twardej materialności świata zewnętrznego było możliwe dzięki uświadomieniu sobie własnej, indywidualnej odrębności. Dla praktyka, problem nie istnieje.
To zakwestionowanie było zaś możliwe dzięki zapomnieniu, że podmiot kwestionujący jest takim samym przedmiotem istniejącym poza umysłem. Materialiści, z Diderotem na czele, nie mieli tu żadnych wątpliwości: świadomość jest konstytutywną cechą materii. U człowieka rozwinęła się ona dodatkowo w zdolność do świadomej refleksji nad własną kondycją. Z historycznego punktu widzenia przedmioty istniejące poza świadomością istniały przed świadomością. Drugą, a właściwie pierwszą w kolejności istotności, zasadniczą cechą materii jest ruch. Ruch to sposób istnienia materii, jednocześnie ruch powoduje przemiany, które prowadzą do określonych konsekwencji, a których sens (celowość) powstaje w miarę konkretyzacji procesów. Powstanie świadomości szuka sensu przemian, a więc świadomość rozwija się w procesie przeciwstawiania się ruchowi materii. Świadomość nadaje konkretny kształt potencjalności zawartej w poruszającej się materii.
Jednocześnie świadomość jako wytwór materii podlega jej prawom ruchu. Te prawa są dialektyczne. Dialektyka to ruch. Nieograniczony charakter ruchu materii nadaje mu dialektyczność, ponieważ ta nieograniczoność zakłada możliwość wydarzenia się tak pewnego zdarzenia, jak i jego całkowitego przeciwieństwa. Ale w miarę upływu czasu (następowania zdarzeń) nieograniczony ruch materii kanalizuje się (wydarzenie A uniemożliwia wydarzenie nie-A). Współczesna fizyka odnotowuje taki fakt, wiążąc go ściśle z istnieniem podmiotu obserwującego i jego decyzji. Brak podmiotu obserwującego powoduje, wedle interpretacji niektórych fizyków i filozofów, że w materii zachodzi jednocześnie A i nie-A. Pozostaje bowiem ślad po nie-A, wykrywalny dzięki świadomej obserwacji.
Te wyniki współczesnej fizyki są traktowane jako argumenty na rzecz pierwotności świadomości przed materią, chociaż wskazują wyłącznie na to, co się dzieje z materią po poddaniu jej obserwacji przez świadomy podmiot, a także sugerują, że materia ma swoje strony jeszcze zakryte przed poznaniem naukowym na jego obecnym poziomie, nazwijmy to – empirycznym.
Prawa dialektyki są najogólniejszymi prawami dotyczącymi natury. Z ich poznania nie wynika możliwość przewidywania przyszłości. Niemniej, świadomy podmiot może działać w kierunku kształtowania przyszłości zgodnie z własną wolą. Powodzenie działania nie zależy jednak wyłącznie od znajomości i umiejętności stosowania najogólniejszych zasad ruchu materii. Świadomy podmiot działania na skalę ponadjednostkową jest podmiotem społecznym, a nie indywidualnym.
Oporem dla zmian nie jest Natura z jej najogólniejszymi prawami ruchu, ale inne świadomości społeczne ucieleśnione w podmiotach grupowych czy klasowych.
I tu ważny jest drugi człon twierdzenia Lenina, a mianowicie, że dialektyka jest również nauką o prawach ruchu myślenia ludzkiego. Oznacza to, że podobnie jak materia poddaje doświadczeniu nieograniczone pole możliwości, tak i myślenie ludzkie nie jest w stanie zaprzestać eksplorowania wszelkich dostępnych możliwości krytycznej analizy danego zagadnienia aż do momentu zaspokojenia jakiejś potrzeby, która zwróci jego uwagę na jakiś inny tor.
Myślenie ludzkie polega na krytycznej analizie (negowaniu) istniejących systemów myślenia, poddawaniu refleksji wszelkich małych i dużych zagadnień związanych z danym problemem. To, co zadowala twórcę systemu, nie jest zadowalające dla jego czytelników i spadkobierców.
Jednocześnie, w tym procesie, następuje porządkowanie wiedzy i sposobów poznania, okresowo poddawane przewartościowaniom, jeśli odbiegają one zbytnio od rzeczywistego świata. Z jednej strony, myślenie stało się profesją, której motorem ruchu jest uzyskiwanie środków do życia, i w ten sposób zatraca się to, co jest dla świadomości najbardziej charakterystyczne i twórcze, a mianowicie związek z życiem materialnym, z drugiej – krytyczne myślenie dociera do grup społecznych, które dotychczas działały na poziomie praktyki i nie miały wpływu na kształtowanie idei kreujących pole wyboru dla decyzji politycznych podejmowanych w oparciu o kryteria obiektywne, naukowe. A których istotą i celem jest kształtowanie świata w sposób świadomy.
Masy i romantyczne pojmowanie ich bezpośredniej praktyki jako czegoś równorzędnego myśleniu krytycznemu nie są alternatywą dla tradycji refleksji filozoficznej związanej z elitą. Romantyczne wyobrażenie mas wiąże się z podniosłą wizją narzuconych tym masom wartości, takich jak rasa, plemię czy naród, a może i cywilizacja.
Możliwość zmiany kierunku, w jakim toczy się świat, zmiany na lepsze, wedle kryterium wartości, które świadomość wniosła do dialektyki materii, zależy od relacji sił w świecie materialnym. Ale zależność jest tu obustronna. Z tym, że jak na razie na obu polach jest wiele do nadrobienia dla ruchu robotniczego.
Myślenie kieruje się też prawami dialektyki – jest bowiem wytworem materii. Dlatego też przed ludzkością stają problemy, do których rozwiązania dorosła. Innych wszak nie potrafi sobie postawić w sposób problemowy, taki który zakładałby już warunki rozwiązania (prawidłowo zadane pytanie jest połową odpowiedzi).
III.
Kwestia naukowości koncepcji teoretycznej jest więc u Marksa nieodłącznie związana z problematyką dialektyki.
Należy zdać sobie sprawę z sytuacji, w jakiej znalazła się myśl filozoficzna zachodniego kręgu kulturowego w okresie Oświecenia i w XIX wieku. Wyzwalanie się filozofii z okowów tradycji religijnej przywiodło myślicieli do wniosku o zasadniczej niemożności twierdzenia w sposób pewny czegokolwiek na temat mechanizmów funkcjonowania świata.
Dopóki poznanie świata opiera się na założeniu, że świat stworzył Bóg i że może on ingerować w jego działanie, a przy tym Bóg jest dobrocią absolutną, nie ma dysonansu poznawczego między tym, co widzimy na co dzień, a tym, co stanowi istotę funkcjonowania świata. Poznanie rzeczywistości sprowadza się, w ostatecznej instancji, do stwierdzenia, że wszystko, co w świecie jest dobre, jest dziełem Boga, zaś wszelkie odstępstwa od ideału są wynikiem albo upadku człowieka w efekcie grzechu pierworodnego (umycia przez Boga rąk od losów Adama poza Edenem), albo w efekcie złych z definicji działań anty-Boga, nazywanego Szatanem. To jest istoty obdarzonej de facto mocą równą mocy boskiej (chociaż w doktrynie raczej teologowie zaprzeczali temu twierdzeniu, brzmiącemu zbyt podobnie do pogańskiego manicheizmu).
Poznawanie świata sprowadzało się więc do wartościowania etycznego. Nie miały znaczenia praktyczne, społeczne relacje miedzy ludźmi, ponieważ z perspektywy teorii ich zmienność nie posiadała znaczenia sama w sobie, a była tylko zmiennością przypadkową pewnej stałej zasady funkcjonowania świata – mechanizmu stworzonego przez Boga. Licencję na spekulacje na temat owego boskiego mechanizmu (na zabijanie swobodnej myśli) dano uznanym autorytetom – pod tym względem nic się nie zmieniło do chwili obecnej: po dziś dzień Akademia dba najudolniej o swe prawo wyłączności do spekulowania na temat prawidłowości rządzących światem.
Oczywiście, istniały nurty ideowe, które przeciwstawiały się oficjalnej doktrynie Kościoła, pełniącego rolę Akademii. Głównie, jeśli przyjrzeć się ich dziejom, herezje szczególnie znienawidzone przez Kościół to były koncepcje przyznające człowiekowi cechę dobroci, mimo grzechu pierworodnego. Dlaczego?
Dlatego, że przyznanie człowiekowi cechy dobroci jako jego atrybutu (cecha definiująca człowieka jako istotę gatunkową) powodowało, że ta podstawowa, absolutna wartość stawała się uwikłana w konkretne, historyczne losy, które nierzadko ją negowały, a, co gorsze, sprzyjały niejednoznaczności w jej pojmowaniu. Np. strony antagonizmu mogły mieć swoje sprzeczne racje, a w efekcie każda ze stron mogła głosić, że ucieleśnia Dobro, zaś przeciwnik – Zło. Świat staje się w ten sposób na powrót niepoznany, chaotyczny.
Bez regulującej idei Boga wszystkie twierdzenia o świecie rzeczywistym stają się pozbawionymi podstaw i pewności.
Znaczenia nabierają zjawiska, które poprzednio miały sens wyłącznie jako przypadkowe (i, niekiedy, ubolewania godne) przejawy funkcjonowania podstawowego, fundamentalnego mechanizmu realizowania woli Boga w świecie materialnym. Szczegółowe badanie owych zjawisk nie było więc interesujące z punktu widzenia kariery i prestiżu społecznego. Są to badania dotyczące życia szerokich mas społecznych i ich ambicji. Pewne tematy, potencjalnie wywrotowe, były więc neutralizowane już dzięki wewnętrznej autocenzurze samych badaczy.
Rewolucja Francuska była rewolucją pod każdym względem. Jako obarczona precedensem powodzenia wywindowała ona na plan pierwszy kwestię możliwości zanegowania porządku Bożego na ziemi. Była więc albo obaleniem niekwestionowanych dotychczas kanonów nauki, albo zwycięstwem Szatana. Tertium non datur.
Rozbieżność ocen istnieje do dziś. W obecnych czasach reakcji, jak można się przekonać, przewagi nabiera opinia druga o tym, jakoby Rewolucja Francuska (i wszelkie rewolucje) była dziełem Szatana.
Taką tezę można było bezpiecznie postawić otwarcie dopiero z chwilą upadku ZSRR (uosabiającego w oczach Kościoła konsekwentną aktywność Szatana od Rewolucji Francuskiej po Rewolucję Październikową), albowiem dopiero upadek ZSRR dowodził ostatecznej przewagi Boga nad Szatanem. Poprzednio głupio byłoby przyznać, że Szatan ma równą moc.
Po Rewolucji Francuskiej, nauka nowożytna ochoczo rzuciła się na nowe pola badawcze, odrzucając teologię jako panią wobec filozofii (refleksji naukowej) w roli służebnicy. Oczywiście, w dalszym toku ewolucji prowadziło to do wykluczenia wartościowania z nauki i do przyjęcia relatywizmu poznawczego, który usiłowano przezwyciężyć różnymi sposobami. Najczęstszym było redukowanie poznawanego świata materialnego do postaci kalekiej, okrojonej z bogactwa, jakie jest jego udziałem. Dualizm świata wartości i świata materialnego stał się podstawą współczesnej nauki, wywodzącej się od angielskiego empiryzmu.
Ciekawym ewenementem w filozofii, czyli sztuce myślenia uogólniającego, była filozofia niemiecka. W przeciwieństwie do empiryzmu, niemiecka filozofia klasyczna nie poszła na łatwiznę dualizmu empirii i wartości. Zacofane pod każdym względem Prusy stały się kolebką myśli, która przechowała tradycję przezwyciężenia owego dualizmu.
Czerpiąc inspiracje z tej filozofii i głównie ze sposobu przezwyciężenia sprzeczności wewnętrznej przez Hegla, Marks zrobił nieunikniony krok naprzód umieszczając świat wartości w świecie ludzkim, a świat ludzki w świecie materialnym.
Wynikają z tego dwa wnioski: (a) istnieje wyłącznie świat materialny; (b) świat wartości jest związany całkowicie ze światem człowieka, czyli wartości są dziełem ewolucji człowieka, który – jako istota społeczna potrafił odróżnić dobro od zła. Jednocześnie (wciąż jako istota społeczna) tworzył te pojęcia w walce z Naturą, w przeciwstawieniu do niej i jej ograniczeń. Ta walka jest tylko etapem konstruowania wartości przez człowieka.
Socjalizm nie jest kwestią determinizmu. Warunki dla jego urzeczywistnienia – w sensie realizacji interesu klasowego klasy bezpośrednich producentów, urzeczywistnianego w konkretnej historycznej postaci, nie danej z góry – już istnieją. Największą trudnością jest dojrzałość świadomości, która stanowi nieodłączny, konstytutywny element procesu historycznego. Nosicielem interesu stanowiącego podstawę świadomości niezbędnej do historycznej zmiany jest partykularna klasa społeczna, uwikłana w warunki owego procesu, w odpowiednie stosunki społeczne, nie masy jako takie.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
26 sierpnia 2018 r.




Z cyklu
JAJA JAK CZERWONE BERETY

MORZE, KTÓRE OTACZA

"Wobec mało kogo czuję tak głęboką i nieprzejednaną pogardę, jak wobec tych, którzy pod czerwonym sztandarem poparliby carską Rosję przeciwko socjalistycznym Stanom Zjednoczonym i jeszcze widzieliby w tym dowód swego niezłomnego antyimperializmu" (Paweł Michał Bartolik na swoim profilu na fejsie - przed chwilą).
Od demagogii "głębokich i nieprzejednanych" aktywistów nowej radykalnej lewicy i lwiej części ich prorosyjskich adwersarzy spod znaku "ZMIANY" dzieli nas morze nienawiści, które ich otacza. Po nim przyszło nam na swej dżonce żeglować - pod czerwonymi żaglami, gdy zatopiona została "DYKTATURA PROLETARIATU" - okręt-matka.
Zażarte spory na lewicy są poniekąd naturalne. Nie stronimy od nich z zasady. Stawiamy, jak Marks, na merytoryczną krytykę. Teraz już wiemy czym kierują się nasi liczni adwersarze, a nawet sparingpartnerzy ze Stowarzyszenia Marksistów Polskich w zaniku - przecież nie koledzy, nie współtowarzysze walki.
Ani Rosja, ani Stany nie są dziś socjalistyczne. Dzielą nie tylko narodowe interesy, nie tylko teraźniejszość, dzieli również żywa jeszcze przeszłość, którą można wpisać w interesy klasowe. Ale skoro dla was ZSRR, PRL i tzw. realny socjalizm to w gruncie rzeczy kapitalizm państwowy - o czym tu gadać? O ułomnej, zdegenerowanej, zdeformowanej i zbiurokratyzowanej dyktaturze proletariatu? Łatwiej portal zlikwidować jako swoją prywatną własność. Kiedyś to była "własność niczyja" - teraz znowu wszystko jest Sekretarza Generalnego, czyli wasze.
Taka "obiektywna" relacja, jak ta http://smp.edu.pl/konferencja-rocznicowa-smp-i-zmiany-w-st…/ z konferencji zorganizowanej przez nas w setną rocznicę Rewolucji Październikowej nie mieści się w kodeksie honorowym. Ile jeszcze nienawiści może się kryć pod niewypowiedzianym słowem "rozłam"? Łatwo można sprawdzić. O GSR w relacji ani słowa. Nasi sparingpartnerzy zdecydowali się wymazać cały dorobek Grupy Samorządności Robotniczej. Po części nawet się udało. Ten na fejsie i w internecie okazał się nader ulotny.
Pytanie - co zostało w realu?
Krótko - to, co i w głowach: rozstajne drogi i krytyczny ogląd dorobku, niekoniecznie wspólnego. Przyda się, warto się rozeznać w otaczającej nas rzeczywistości - pewnie jeszcze nie raz się spotkamy. Zawiłe są drogi. Za nic mamy wasze nieprzejednanie i głęboką pogardę. Wyszło na nasze - mieliście nas za dogmatyków i "stalinowskich sekciarzy", a tu masz - PO PROSTU MARKSIZM.
Włodek Bratkowski
26 sierpnia 2018 r.

Post Scriptum: NA YOUTUBE POJAWIŁ SIĘ JESZCZE JEDEN Z NIENAWISTNIKÓW

Marcin Brys
3 dni temu
Konia kują, żaba nogę podstawia.

"GSR – Grupa Samorządności Robotniczej. Naprawdę warto przedstawiać i propagować w ten sposób ten skrót? Promować organizację dwojga emerytów? To ma porwać rewolucyjną młodzież ?
GSR, GSR może ma zasłonić właśnie ten polski GSR – Globalny Sojusz Rewolucyjny (GLOBAL REVOLUTIONARY ALLIANCE) ogólnoświatową rewolucyjną organizację mobilizującą ludzi do walki z systemem. Ale co tam przyjemniej jest przy herbatce powspominać stare dzieje. Ruszymy, jak ruszą się robotnicy i oczywiście jak my będziemy się jeszcze mogli poruszać.
A może jednak należą się słowa uznania dla tow. Michała za odwiedzenie skansenu, może tych kilkuset subskrybentów pojmie, że nie można stać w miejscu, czy też, że by stać w miejscu to trzeba szybko biec do przodu."
-------
Marcin Brys
2 dni temu

"Wysłuchałem tych kilku odcinków. Gratuluję tow. Michale, znakomity pomysł przedstawienia ludzi, którzy kryją się za artykułami w sieci, najczęściej nie wnoszącymi niczego nowego do teorii.
A praktyka? „Sorry taki mamy klimat”, takie podsumowanie, taka samokrytyka.
Może jeśli klimat na poziomie ludzi pracy nie jest rewolucyjny, to trzeba przenieść się na poziom społeczeństw zniewolonych przez globalną finansjerę i bezwzględnego hegemona utrzymującego dotychczasowy porządek światowy. Tu jest ostro.
I jeszcze jedno.
Zacytuję tu Haralda Welzera – „Samodzielne myślenie” : „Kapitalizm jest systemem o fascynującej elastyczności, ponieważ reguluje stosunki miedzy ludźmi niezależnie od tego, czy są nastawieni do siebie wrogo, czy przyjaźnie. System ten modernizuje się w wyniku własnych powracających nieustannie kryzysów. Absorbuje krytykę i ruchy przeciwne poprzez stwarzanie dla nich rynków częściowych, co oznacza, że także z nich czerpie potencjał modernizacyjny. Przemienia świat i jego odmienności kulturowe i nierówności historyczne w gigantyczny aparat synchronizacyjny napędzany energią, pracą i materiałami.”
Ale przecież nie istnieje perpetuum mobile, kapitalizm traci energię, rozpada się, różnie w różnych miejscach, otwierając nieraz przestrzenie do wykreowania innej gospodarki innego społeczeństwa. Może trzeba zagospodarowywać te przestrzenie, nie powiem, że od razu jak ROJAVA, ale choćby jak niektóre ruchy „anarchistyczne” czy spółdzielcze.
Nie chcę być okrutnym, bo rozumiem tę gorycz gdy człowiek podsumowuje minione lata i widzi, że szedł chyba złą drogą, ale muszę to powiedzieć – nigdy nie było i nigdy nie będzie dyktatury proletariatu (prawdziwej, w której proletariat był i będzie podmiotem a nie przedmiotem)."
 
źródło: kanał YouTube "Towarzysz Michał" (komentarze pod wywiadem z GSR)

*
Do nas facio ma pretensje nawet o to, że do SMP wstąpić nie zdążył.
W.B.

ODPOWIEDZI, KTÓRE NIE PADŁY

Od czego zacząć? Od początku czy od sedna? Jak przeprowadzić myśl, żeby widać było nie tylko zdziwienie, ale i zrozumienie na twarzach słuchaczy? Nieważne. 
*
Z pytań postawionych przez Michała Nowickiego podczas spotkania, pytanie o różnicę między klasą robotniczą a proletariatem ma istotne znaczenie. Te dwa pojęcia są wynikiem zastosowania dwóch różnych kryteriów definiujących. Proletariat jest szerszym pojęciem, odwołującym się do kryterium nędzy, niegodnych warunków materialnych bytowania, natomiast klasa robotnicza jest konstruktem odwołującym się do pozycji tej klasy społecznej w systemie produkcji kapitalistycznej.
Pojęciem proletariatu możemy więc objąć wszystkie grupy społeczne, które podlegają procesowi pauperyzacji. Mówimy więc o proletariacie przemysłowym, o proletariacie miejskim, wiejskim; na wzór słowa „proletariat” tworzy się pojęcia, takie jak, np. „kognitariat” oznaczający proletariuszy pracy umysłowej.
W starożytnym Rzymie mieliśmy także do czynienia z proletariatem (prekursorem tego określenia), czyli z ludźmi wolnymi, ale pozbawionymi własności środków produkcji, które by im pozwalały na utrzymanie siebie i rodziny. Ów proletariat rzymski utrzymywał się więc z czegoś, co dziś nazwalibyśmy zapewne gwarantowanym dochodem podstawowym, czyli z wtórnego podziału dochodu wypracowywanego przez klasę produkcyjną, a więc opodatkowaną (bo tylko ją można opodatkować na cele ogólnospołeczne, ponieważ tylko ta klasa wytwarza nadwyżkę, inaczej: wartość dodatkową).
Tak ujmowany proletariat jest więc potencjalnie grupą społeczną bardzo buntowniczą, ale jednocześnie nierewolucyjną w tym sensie, że ze względu na swe położenie poza systemem organizacji produkcji (produkcji wartości, dochodu, nadwyżki – obojętne, jak to zwał) jest ona pozbawiona możliwości zastąpienia istniejącego sposobu produkcji innym, alternatywnym sposobem. Jest pozbawiona potencjału rewolucyjnego w stosunku do sposobu produkcji.
Drugim ważnym elementem tego obrazu jest rola klasy kapitalistów. Ta klasa – burżuazja mówiąc ogólniej – została już wystarczająco doceniona przez Marksa w Manifeście komunistycznym jako klasa rewolucjonizująca siły wytwórcze, a przez to umożliwiająca osiąganie olbrzymiej nadwyżki (wartości dodatkowej), która zapewnia społeczeństwu szansę funkcjonowania na poziomie pewnego dobrobytu materialnego, osiągalnego (potencjalnie!) dla wszystkich członków tego społeczeństwa. Ta szansa z definicji nie jest realizowana w społeczeństwie klasowym.
Taki jest zamysł koncepcji rewolucyjnej Marksa.
W skali historycznej krótki okres państwa dobrobytu był w przeważającym stopniu związany z istnieniem alternatywy dla kapitalizmu w postaci ZSRR i państw obozu socjalistycznego, z przerzucaniem i poszerzaniem ram wyzysku kapitalistycznego na tzw. otoczenie niekapitalistyczne. Obecnie system wraca do „normy”, czyli do jawnego konfliktu między głównymi antagonistami kapitalizmu: kapitalistami i robotnikami. Tymczasem, w dojrzałym społeczeństwie kapitalistycznym, gdzie wszelka działalność jego członków ulega komercjalizacji, upowszechnia się zjawisko wyzysku.
Istnieje jednak rozróżnienie na wyzysk w sferze pierwotnego i wtórnego podziału wartości dodatkowej. Wyzysk jest naturalną formą podziału w społeczeństwie klasowym. Pierwotny podział i zasadnicza forma wyzysku dotyczy sfery produkcji, w sferze nieprodukcyjnej (choć w kapitalizmie skomercjalizowanej) wyzysk dotyczy podziału wtórnego, czyli podziału tej nadwyżki (wartości dodatkowej), która trafiła do tejże sfery nieprodukcyjnej w wyniku jej relacji ze sferą produkcyjną.
Podobnie jak w przypadku rynku papierów wartościowych i rynków pochodnych, cała konstrukcja opiera się na gospodarce realnej, przynoszącej konkretne, materialne bogactwo społeczne stanowiące podłoże dla transakcji pochodnych (zakupu usług niematerialnych związanych z funkcjonowaniem społeczeństwa na danym poziomie rozwoju cywilizacyjnego).
Dlatego też, mimo wahań Marksa co do przyszłości grup nieprodukcyjnych – dołączą do proletariatu przemysłowego czy nie – zasadniczym motywem jego rozważań był stosunek między kapitalistą a robotnikiem przemysłowym jako stosunkiem fundamentalnym dla pozostałych, pochodnych relacji wyzysku w społeczeństwie.
Zmiana w fundamencie (gospodarce realnej) powoduje efekt domina w pochodnych relacjach społecznych. I to jest rewolucja w Marksowskim znaczeniu. Podobnie jak proletariat w starożytnym Rzymie nie był siłą społeczną dążącą do obalenia panującego systemu, tak i dzisiejszy proletariat, którego atrybutem jest względna lub bezwzględna pauperyzacja, nie jest siłą zagrażającą kapitalizmowi. Szczytowe osiągnięcie intelektualne tej masy społecznej to postulat minimalnego dochodu gwarantowanego, czyli trwanie w sferze podziału, a pogarda dla sfery produkcji. Ten postulat pozostawia moc decyzyjną w rękach kapitału, nawet jeżeli oznacza silny nacisk roszczeniowy na kapitał. Pozostaje jednak roszczeniem, a nie alternatywą.
Dlatego znaczenia nabierają różne koncepcje, które zaprzeczają trwaniu kapitalizmu, rozmywają pojęcie kapitalizmu do granic, w których analiza klasowa i analiza kapitalizmu tracą swój sens. Koncepcje te nie bez przyczyny skupiają się na podziale, ponieważ dotyczą grup społecznych, dla których kwestia produkcji jest wzięta w nawias i nieobecna. Pozostaje ona w gestii klasy kapitalistów, którzy w międzyczasie stali się – rzekomo – klasowo bezpłciowymi menedżerami. Marksowski antagonizm między klasą kapitalistów a klasą robotniczą zostaje zastąpiony przez antagonizm charakterystyczny dla relacji proletariat – władza zarządzająca państwem, czyli konflikt: biedni – bogaci.
Zastanawiać może to pomijanie znaczenia kapitału produkcyjnego w koncepcjach lewicy, ba, wręcz pomijanie go, co kontrastuje niezwykle mocno z naciskiem na niekończące się analizowanie wariantów wyzysku w sferze nieprodukcyjnej. Nie bez powodu…
Podobnie, jak rozumienie teorii wartości dodatkowej było od początku poddawane rewizji w ramach ruchu robotniczego, tak samo idea, że kapitalizm się skończył i przestał być problemem nie jest nowa. Już w 1944 r. Franz Neumann zauważał na przykładzie narodowego socjalizmu, że:

„Narodowsocjalistyczny antykapitalizm nigdy nie obejmował walki z kapitałem produkcyjnym, czyli przemysłowym, koncentrując się na kapitale ‘drapieżnym’ (tj. bankowym). […] Wyróżniając kapitał drapieżny, narodowy socjalizm podążą śladami Pierre’a Proudhona, który w Idée generale de la Révolution au 19e siècle domagał się likwidacji Banku Francji i przekształcenia go w zakład ‘użyteczności publicznej’ oraz obniżenia oprocentowania do połowy bądź jednej czwartej procenta. Już Manifest komunistyczny potępił tę odmianę socjalizmu, tzw. prawdziwy socjalizm, jako zjawisko specyficznie niemieckie. […] Już wcześniej zwrócił uwagę, że tzw. likwidacja społeczna jest ‘jedynie sposobem na odnowienie >>zdrowego<< społeczeństwa burżuazyjnego.’ Teoria ta jest wyrazem tęsknoty każdego nieprzemysłowego kapitalisty, by stać się kapitalistą przemysłowym – życzenia najzupełniej zrozumiałego. Propaganda wymierzona w kapitał finansowy mogła nawet zawierać pewną dozę prawdy, gdy kapitał finansowy faktycznie odgrywał rolę decydującą, banki mogły kontrolować, łączyć i nabywać zakłady przemysłowe, a sam pieniądz reprezentował władzę ekonomiczną. Jak jednak pokażemy dalej, czas ten już dawno minął i należy zdać sobie sprawę, że atak narodowych socjalistów na kapitalizm i ich walka z kapitałem drapieżnym zostały wyniesione do rangi naczelnej zasady ekonomicznej w okresie, gdy kapitał bankowy utracił swe znaczenie, bankier inwestycyjny utracił swą władzę, a na samym pieniądzu nie da się zbudować potęgi gospodarczej, tj. gdy – krótko mówiąc – przemysł stał się samowystarczalny i nie tylko finansuje własny rozwój z własnych środków, lecz także przenika do banków i towarzystw ubezpieczeniowych, podporządkowując je potrzebom kapitalistów przemysłowych” (F. Neumann, Behemot. Narodowy socjalizm. Ustrój i funkcjonowanie, 1933-1944, Wydawnictwo Fundacja Naukowa TEXTURA, Warszawa 2016, s. 369-370).

Można powiedzieć, że zawirowania wokół D. Trumpa i nienawiść, jaką on budzi ze względu na prostaczkowatą szczerość ujawniania, o co tak naprawdę chodzi w polityce konkurujących mocarstw imperialistycznych, odkrywają w pewnym stopniu te właśnie problemy, dodając wiarygodności i aktualności analizie Neumanna. Ze swej strony, lewica radykalna jest na te sprawy całkowicie ślepa, co zbliża ją do opinii narodowych socjalistów – jakby to nie brzmiało paradoksalnie.
Wytłumaczenie jest nader proste – anty-Marksowscy marksiści widzą społeczeństwo jako jednorodną pod względem interesu klasowego masę przeciwstawioną kapitałowi nieprodukcyjnemu, najlepiej finansowemu, nie kwestionując samej istoty systemu kapitalistycznego. Nieważne z jakich powodów, najchętniej z tego powodu, że w ramach systemu produkcji wszystko jest OK: robotnik najczęściej otrzymuje godziwą płacę za swą pracę, zaś największy wyzysk odbywa się w sferze nieprodukcyjnej.
Czyli: marksizm został sprowadzony do analizy stosunków pozaprodukcyjnych. Kapitalizm nie stanowi więcej problemu, ponieważ jest zagadnieniem produkcji, a sensowność produkcji kapitalistycznej przestała być przez lewicę kwestionowana. A ponieważ trwa tak od lat, bardzo trudno jest się przebić ze zrozumieniem oryginalnej koncepcji Marksa do współczesnych adeptów lewicy.
*
W jakimś sensie, nie wiadomo od czego zacząć i co powiedzieć, żeby przekonać ludzi, których interes grupowy nie skłania do zrozumienia postawionych problemów.
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
22 sierpnia 2018 r.

KOMUNIKAT GSR
W SPRAWIE PRZEJĘCIA ADMINISTRACJI PROFILEM „DYKTATURA PROLETARIATU”

W dniu 15 kwietnia 2018 r., administrator portalu Dyktatura Proletariatu, zamieścił na stronie następujące oświadczenie:

„Szanowni odwiedzający stronę Dyktatury Proletariatu,
Z końcem miesiąca kończy się okres abonamentowy serwera i domeny dyktatura.info. Niniejsza strona zakończy swój żywot w dniu 28 kwietnia 2018 roku.
Jako jej administrator, nie mam potrzeby utrzymywania przez kolejny rok tego serwisu.
13 kwietnia br. zaproponowałem drogą e-mailową przekazanie bazy danych strony DP na okoliczność ewentualnej reaktywacji strony przez jej obecnych, wyżej wymienionych, redaktorów. Być może więc Dyktatura Proletariatu ponownie ukaże się w jakiejś formie w Internecie – bez mojego jednak w tym udziału.”

Nie wdając się w małostkowe dochodzenie na temat tego, kto utrzymywał przez te lata serwis, propozycja wydała nam się warta przyjęcia. Podjęliśmy próbę kontaktu z administratorem, niestety, bezskuteczną. Na nasze wysiłki doczekaliśmy się jedynie zdawkowego SMS-a z obietnicą oddzwonienia. W międzyczasie jednak, zamiast obiecanego zwrotu bazy danych, administrator zmienił zdanie i napisał: "zatraciłem już potrzebę kontaktu telefonicznego, który obiecałem Wam po skończeniu przeze mnie pracy... nie mam już dla Was żadnych propozycji."
Po interwencji firmy hostingowej, która nie widziała żadnych trudności w przekazaniu bazy danych, dowiedzieliśmy się, że ostatecznie administrator portalu zgodził się na wykupienie przez nas domeny dyktatura.info, za którą to łaskawość podziękowaliśmy serdecznie, acz odmownie.
Z dniem 30 kwietnia b.r., przedłużając o dwa dni jego żywot dzięki uprzejmości firmy hostingowej pewnej polubownego załatwienia sprawy przejęcia portalu, Dyktatura Proletariatu znikła z przestrzeni wolnego internetu.
Jako ślad po niej pozostał profil na facebooku, gdzie smętnie wisiało niemal dwieście filmików i fragmentów reklamujących zamieszczone tu teksty – odsyłających do nieistniejącej już strony dyktatura.info dla ciekawych całego tekstu.
Ale i to było widocznie zbyt wiele, jak dla uroczego ex-administratora portalu. Zamiast bowiem oczekiwanego uwiądu związanego z portalem profilu, nadal wrzucaliśmy tam teksty, które były wciąż czytane. Profil żył życiem po śmierci, niczym drugi Christopher Lambert… Ba, nawet doznał przyspieszenia.
W ostatnim czasie (tydzień, dwa) facebook oznaczył kikuty tekstów (w tym te, wiszące tam od 2016 roku, czyli od czasu założenia profilu) jako spamy. Mimo naszej interwencji oraz szczególnej opieki państwa nad niepełnosprawnymi, teksty zostały poddane eutanazji, czyli, po prostu, usunięte. Niektóre, przed śmiercią, zostały oznaczone jako „szczególnie niebezpieczne”.
*
Odcinając się grubą kreską od przeszłości, postanowiliśmy rozpocząć po raz kolejny wszystko od nowa, upatrując w tym niezamierzoną ochronę przed Alzheimerem. Powołaliśmy do życia nowy portal Po Prostu Marksizm (http://www.poprostumarksizm.pl), na którym znajdą się zasadnicze teksty Grupy Samorządności Robotniczej plus cała nasza bieżąca twórczość. Postanowiliśmy zachować jednak profil Dyktatury Proletariatu na fb jako markę już istniejącą w świadomości naszych czytelników, a także jako sposób na zachowanie ciągłości i na jawność naszej ewolucji.
Nie mamy czego się wstydzić z naszej twórczości z okresu DP, a jeżeli nawet coś tam było niezbyt udanego, to zamknięcie portalu uwalnia nas od balastu mniej trafionych pomysłów. Skupiamy się na chwili obecnej i idziemy prężnie do przodu, jako dewizę biorąc sobie słowa Fidela Castro o przekształcaniu niepowodzeń w zwycięstwo.
Przejście między Dyktaturą Proletariatu a Po Prostu Marksizmem odbywa się więc płynnie i ewolucyjnie, będąc jednocześnie rewolucją w życiu naszej grupy.

Pozdrawiamy i zapraszamy do lektury i współpracy,

Grupa Samorządności Robotniczej

21 sierpnia 2018 r.

Z CYKLU "JAJA JAK CZERWONE BERETY"

ZAPASY Z DUCHEM CZASU I INTELIGENCJĄ

Odkąd pamiętam nie po drodze było nam z podążającymi z duchem czasu - wprost lub zygzakami. W ich wspólnym mniemaniu jesteśmy niedopasowani, by nie powiedzieć anachroniczni.
Co z tego, że nikt nas nie złapał na błędach chronologicznych? Ważne, że wielu próbowało - obopólne rozczarowania to dzień powszedni.
Głowa do góry: "Если я попался Вам навстречу, значит Вам со мной не по пути".

https://youtu.be/5jyu5AM63N8

Na przełomie wieków - w czasach reakcji - z hukiem pożegnano klasę robotniczą, Nas w lewicowej rodzince ochrzczono mianem "starej rewolucyjnej lewicy", czytaj: "Amiszy lewicy". Podzieliliśmy los "schodzącej klasy".
Dziś - pewnie się naćpałem - role się odwróciły. Zapowiedziano nawet powrót kapitału przemysłowego na Olimp. Jak to się ma do powrotu na scenę polityczną robotników? Czasem na jedno wychodzi. Nawet gdy nie zaprzątasz sobie głowę wyróżnioną rolą klasy robotniczej - antagonisty przemysłowego kapitału, widząc dzisiejsze zmagania na szczycie. Wszak bańki finansowe i mydlane pękają. Zgoda, inteligencja jaka warstwa pośrednia po części już się sproletaryzowała. Ale przecież nie po lwiej części. Do tego daleko. Znikoma jej część zasiliła szeregi klasy robotniczej, przy okazji podnosząc swój poziom życia, nie po to by dalej się stoczyć. Zresztą kto ją o zdanie pyta? Robotnikom łatwiej wyrwać się z kraju niż z kieratu. Co z tego, że niektórym szczęście dopisało podwójnie - pozostali mają w nim tkwić wiecznie? Nie pocieszajcie nas, że kolejna fala kryzysu wszystkich doścignie. Nigdy nie występowaliśmy w mieniu większości, nie mówiąc już o wszystkich. To spirytus i antyglobaliści oscylują wokół 99 procent. Wyróżniona przez klasyków marksizmu klasa robotnicza (zwłaszcza jej przemysłowe jądro) nie tylko w kraju nad Wisłą stanowi zdecydowaną mniejszość. Rozlana większość tylko czasem z jej buntem się utożsamia, z interesem obiektywnym - niekoniecznie. Cel z muszką musi się pokrywać. Trafić w "dziesiątkę" to nie lada wyczyn. Sedno w tym, że "Если я попался Вам навстречу, значит Вам со мной не по пути".

Włodek Bratkowski
9 sierpnia 2018 r.
PRZECIEŻ SIĘ NIE ROZERWĘ

Między podróżą po Karelii i Syberii, wędkowaniem i grzybobraniem w Finlandii, Norwegii, Karpatach, wysypem prawdziwków w podmoskiewskich lasach zdążyłem załapać się na cyklinowanie i malowanie pokoi w bazie wypadowej, by w doskwierające nam upały, dzięki youtube, jedno połączyć z drugim.
W realu z grzybów trafiały mi się ostatnio własne rarytasy - pasteryzowane opieńki i suszone kanie. Do zupy rybnej (uchi) nie mam przekonania - wolę grzybową i ogórkową. Zakisiłem "klatkę" ogórków - na bieżące potrzeby. Dwa pięciolitrowe słoje już poszły. W perspektywie - permanentny remont połączony z grzybobraniem. Na politykę nie starcza czasu - przecież się nie rozerwę.
Do rocznicy swoich urodzin i wyborów samorządowych w Rosji, wyznaczonych na ten dzień nie zdążę uporać się nawet z wszystkimi pokojami. Ze względu na zagracenie domu cyklinowanie rozłożyliśmy na etapy - o pozostałych pracach już nie wspomnę.
Jako bezrobotny przyznaję się bez bicia - jestem zapracowany. Pracę z pokątnym handlem łączę, organizując "garażowe wyprzedaże" i objazdowe - mam wózek. Co nie znaczy, że popieram Piotra Ikonowicza. Nie widziałem go na Namysłowskiej. Ostatnio z tym właśnie bazarem kojarzy mi się wolna od kontroli - choć nie od opłat - Warszawa.
Daleko mu do koczowników, a tych odkąd pamiętam - od bazaru pod Pałacem Kultury i Jarmarku "Europa", wielkiego koczowiska narodów - zawsze chmara.
Gdzie wówczas byt Piotruś, z kim trwał w sojuszu w drodze do Europy? Wydaje wam się, że wszystko już pozamiatane?
Według Michaiła Chazina - rosyjskiego ekonomisty - wielki kryzys światowy przed nami. Do drzwi puka. Inni analitycy, jak choćby Dmitrij Dżangirow, widząc zaostrzenie międzynarodowej sytuacji, raczej uspokajają, gawędząc o modnej obecnie geopolityce.
Dziś wieczorem spadkobierca Samir Amina - Borys Kagarlickij - w streamie powie swoje. Za pieniądze odpowiada nawet na pytania. Dorobił do tego całą filozofię. Dlatego się skracam - Ich nie przegadam.
Co ja poradzę, że cenię ludzi kompetentnych?
Każdy z nich mógłby zostać ministrem, prezydentem czy premierem w swoim kraju. Nawet się z tym nie kryją. Odrzucają fałszywą skromność. Więcej takich.
A ja tym czasem - "lublu dziewuszku iz Nagasaki. U niej takaja malieńkaja grud' i guby ałyje kak maki"- tylko w tym wykonaniu

https://youtu.be/vUDICenpLBM

I służę, jak umiem - w oknie możliwości - wciąż tej samej klasie.

Włodek Bratkowski
16 sierpnia 2018 r.


MURZYN ZROBIŁ SWOJE, MURZYN MOŻE ODEJŚĆ
(na rocznicę „cudu nad Wisłą” – odpór uczyniony z sensem)

Wszystkie wielkie systemy myślowe, które pozostają płodne mimo upływu czasu i zmiany warunków, i które gwarantowały ich adekwatność do rzeczywistości, mówią nam coś o fundamentalnej kondycji ludzkości, o sensie ujawniającym się w jej dziejach. Dzieje się tak mimo, a nawet niekiedy wbrew, uwikłaniom politycznym owych koncepcji w swoich czasach. Te uwikłania stanowią wyraz kompromisu, jakim jest zawsze zastosowanie praktyczne wielkich koncepcji. Bez idei przewodniej, zastosowanie bywa nieskuteczne, ale jednocześnie w gąszczu drobnych uwikłań, owa myśl przewodnia ulega rozmyciu, służąc uzasadnieniu sensowności działań różnych grup społecznych, które bez tego nie miałyby szansy, aby taką sensowność stworzyć na bazie swego partykularyzmu.
Jest to proces normalny, choć nieco przygnębiający.
W dziejach marksizmu mamy do czynienia z tą samą prawidłowością. Uwikłania praktyczno-polityczne idei powodują, że różni wrażliwi myśliciele usiłują odtworzyć ideę przewodnią, biorąc pod uwagę lekcje wynikające z jej praktycznych zastosowań i z własnego doświadczenia, często nabytego poza ramami ruchu robotniczego i opierając się na uproszczonej wykładni marksizmu, jaki został w ramach owego ruchu wypracowany w okresie dominacji stalinizmu, przez myślicieli pozostających pod wpływem zestalinizowanego ruchu komunistycznego. Te interpretacje marksizmu opierały swe przekonanie o mocnym determinizmie historii oraz o antyhumanistycznej nadrzędności struktur nad arbitralną wolą jednostki na względnych wobec przeżywającego kryzys międzywojenny sukcesach młodego i stale zagrożonego państwa radzieckiego. Uproszczenia wydawały się więc uzasadnione.
Ta uproszczona wykładnia żądała wzbogacenia teorii marksizmu o elementy rzekomo brakujące oryginalnej doktrynie. Uzupełnienia te przychodziły zatem z zewnątrz, czyniąc ten uproszczony marksizm teorią eklektyczną i w efekcie podatną na dogłębną krytykę.
Jednak uproszczeniem byłoby przypisywanie całej „chwały” prymitywizacji marksizmu Stalinowi. Już marksizm II Międzynarodówki stanowił doskonałą pożywkę do takiej interpretacji teorii. Owa wykładnia marksizmu obowiązywała w tamtych czasach. Warto zauważyć, że nawet Róża Luksemburg, zwalczając pierwszy rewizjonizm bernsteinowski, zbudowała teorię, która okazała się prekursorska wobec… keynesizmu. Jednocześnie Lenin, w obliczu krachu teoretycznego II Międzynarodówki, zrobił krok całkowicie niepojęty dla uczniów papieża marksizmu, jakim był Kautsky, a mianowicie – zaczął studiować Hegla.
Stalinizm nawiązywał do takiej wykładni marksizmu, jaką stanowił marksizm II Międzynarodówki w kwestii determinizmu i schematyzmu ujmowania historii oraz w kwestii pragmatyzacji politycznej stosowalności teorii.
Sądząc po tylko tych faktach, nie sposób poważnie twierdzić, że stalinizm był prostą kontynuacją marksizmu leninowskiego.
Można zrozumieć popularność stalinowskiego „marksizmu-leninizmu”, ponieważ jego teoretyczne wyniki nie kłóciły się z oficjalnym marksizmem II Międzynarodówki, a więc z teoretyczną koncepcją socjaldemokracji. Rozbieżność dotyczyła politycznych aspektów stosowania teorii. Ponieważ jednak teoria stalinowska była w tym sensie zbieżna z teorią socjaldemokratyczną, polityczne wyniki socjalizmu w jego realnym kształcie, przy okazji, „ochlapały” dobre imię socjaldemokracji. Stąd konieczność odejścia od marksizmu w ogóle, jako od teorii nieadekwatnej do rzeczywistości społecznej II połowy XX wieku.
Równolegle istniała cały czas tradycja krytyki oficjalnego, legalistycznego pojmowania marksizmu z lewej flanki. Ta anarchistyczna bądź anarchizująca krytyka dotyczyła również linii politycznej Lenina i była kontynuacją krytyki z tychże pozycji Marksa. Z oczywistych względów była to krytyka z zewnątrz. W obliczu sukcesów ruchu robotniczego, musiała przyznać jednak swoją nierówność wobec marksizmu, więc przybrała postać krytyki wewnętrznej, dokonywanej przez ludzi, którzy do ruchu przylgnęli ze względu na atrakcyjność sukcesu politycznego, a nie ze względu na głębokie uwewnętrznienie marksizmu. Sukces przyciąga licznych, więc również w Rosji radzieckiej mieliśmy do czynienia z tzw. poputczikami, dla których ważna była nie idea przewodnia marksizmu, ale własne kryteria postępowości społeczeństwa.
Współczesna lewica przyznaje się do marksizmu jedynie w jego eklektycznej wersji poddanej krytyce z lewa, z pozycji anarchizujących. Utożsamia się ona z wytworem krytyki marksizmu i, przede wszystkim, Rosji radzieckiej i ZSRR z tychże pozycji. Współczesne nurty teoretyczno-polityczne, jak np. posttrockizm, są przykładem tego zjawiska. Współczesną lewicę można więc zdefiniować jako liberalną socjaldemokrację, w której elementy marksizmu przetrwały głównie jako odpryski krytykowanych tez stalinowskich.
Główny cel ataków lewicy postmarksistowskiej – tzw. marksiści-leniniści, czyli stalinowscy obrońcy biurokracji realnego socjalizmu, toczyli twardą walkę propagandową dopóki czuli ochronę ze strony biurokracji partyjno-państwowej. Walka ta jednak, od załamania się efektu sukcesu po rewelacjach N. Chruszczowa z 1956 roku, była skazana na przegraną, ponieważ opierała się wyłącznie na propagandzie, a nie na rzeczywistych fundamentach teorii. Od tamtej pory nasiliła się rejterada z szeregów dotychczasowych piewców stalinizmu w jego najgorszym wydaniu. „Dezerterzy” przechodzili do obozu przeciwnego. Co śmieszniejsze, od tej pory piętnowali tych mniej lub bardziej odważnych krytyków stalinizmu (czyli krytyków tychże samych „dezerterów” z czasów, kiedy krytyka stalinizmu groziła czymś więcej niż obcięciem premii, a późniejsi "dezerterzy" byli animatorami represji wobec wrogów ustroju) jako… upartych przedstawicieli stalinizmu. Ponieważ przekonani zwolennicy ruchu robotniczego, mający nadzieje, że upadek autorytetu stalinizmu pozwoli na odrodzenie owego ruchu, jeszcze istnieli, było kogo atakować odwracając uwagę od samych siebie i swoich niedawnych poglądów. Wiarygodność ataku na aktywistów prorobotniczych wzmacniano głoszeniem opinii, że marksizm „uwiódł” intelektualistów swoim rzekomym humanizmem, utopijnym programem politycznym, który opierał się jedynie na heglowskim, abstrakcyjnym i nieuchronnie prowadzącym do totalitaryzmu abstrahowaniem od jednostki ludzkiej i jej indywidualnej, niekolektywistycznej, kondycji w świecie. W ten sposób odbierano wiarygodność teoretykom ruchu robotniczego i działaczom na jego rzecz. Warto dodać, że za pełną zgodą i przyzwoleniem (post)stalinowskiej biurokracji, która – o dziwo! – całkiem nieźle współżyła z „renegatami” o naukowym autorytecie, ku obopólnej, wymiernej w sensie materialnym i politycznym, korzyści.
Patrząc z nakreślonej perspektywy, taki obraz sytuacji nie wydaje się niczym dziwnym czy paradoksalnym. Mieści się bowiem w nieugiętej logice procesu ewolucji „marksizmu-leninizmu”, w wymiarze nie tylko polskim, ale i ogólnoświatowym.
Poza teoretykami ruchu robotniczego i jego działaczami, którzy krytykowali „realny socjalizm” i jego wypaczenie w postaci stalinowskiej biurokracji, istniała jeszcze, o wiele liczebniejsza, grupa ideologów aparatu biurokratycznego, dość niejednorodna, bo składająca się po części z przekonanych marksistów, a po części z koniunkturalnych karierowiczów.
Ci ostatni, jeżeli wykazywali się jakimiś ambicjami, starali się swój akces do marksizmu uzasadnić względami metodologicznymi, szerzej – naukowymi.
W przeciwieństwie do teoretyków ruchu robotniczego, którzy uzasadnienie swojej postawy umieścili w służbie klasie robotniczej, ci drudzy nie mieli żadnych więzi z klasą robotniczą, a więc musieli poszukiwać uzasadnienia dla służenia biurokracji. Znaleźli to uzasadnienie w koncepcji głoszącej niezbędność biurokracji jako grupy menedżerskiej, spełniającej w warunkach braku właściciela środków produkcji („własność niczyja”), funkcję właściciela i dysponenta. Wedle nich, tylko ta postawa zawodowa biurokracji pozwoliła tak zacofanemu gospodarczo krajowi, jak Polska czy Rosja, dźwignąć się w krótkim czasie na poziom kraju uprzemysłowionego i do pewnego stopnia konkurencyjnego na rynku międzynarodowym.
To uzasadnienie własnego akcesu do stalinizmu ma obecnie charakter czysto historyczny. Pozostaje jeszcze uzasadnić historyczny pożytek marksizmu jako pewnej metodologii, której zasługa polega głównie na tym, iż prekursorsko przewidziała pewne narzędzia badawcze. Znaczenie marksizmu w tym względzie jest więc głównie historyczne. Faktycznie uzasadnia się metodę marksistowską (w jej rozumieniu przez owych „uzasadniaczy”) tym, że jest zgodna z metodologią współczesnej nauki, stanowiąc jej podgrupę.
Poza dowodzeniem, że marksizm w zasadzie pozostaje w całkowitej zgodzie z metodologią współczesnej nauki (będąc jednocześnie pozbawionym jej ograniczeń*), nie znajdziemy wiele więcej w tekstach współczesnych marksistów-leninistów, którzy przedzierzgnęli się w międzyczasie niepostrzeżenie w marksistów-antyleninistów.
Przyjrzyjmy się poniższym tezom autorstwa jednego z nich.
„Intensywne studia ekonomiczne i oparta na nich krytyka Heglowskiej filozofii prawa, prowadzi Marksa również do zerwania z idealistyczną i zarazem spekulatywną filozofią dziejów. Spekulatywnej 'filozofii człowieka' i 'filozofii dziejów', która rzeczywiste życie ludzi próbowała wyjaśnić jako szczeble rozwoju 'abstrakcji człowieka' bądź 'ducha ludzkiego w ogóle', Marks przeciwstawia badanie człowieka jako istoty ekonomiczno-historycznej i dochodzi do wniosku, 'że stosunki prawne, równie jak i formy państwowe nie mogą być pojęte z siebie samych ani też z tak zwanego ogólnego rozwoju ducha ludzkiego, lecz przeciwnie, wyrastają z materialnych warunków życia'. Nie tylko prawo, ale również moralność, religia, metafizyka i wszystkie inne rodzaje ideologii nie mają, zdaniem Marksa, swej własnej historii” (W. Luty, O „aktualności Marksa” (kilka uwag metodologicznych), 22.04.2010).
Taka interpretacja myśli Marksa potwierdza krytykę tego ostatniego jako myśliciela, który odmawia autonomii tzw. nadbudowie, czyli, zwyczajnie, prymitywizuje dzieje ludzkości, sprowadzając jej istotę do wulgarnego materializmu (patrz nasz artykuł "Marksizm od krzyża. O zmaganiach Marka Zagajewskiego z bolszewizmem i dyktatura proletariatu", styczeń 2018 r. M. Zagajewski odczytuje marksizm przez pryzmat ideologii religijnej, która ma wzbogacać marksizm o źle potraktowane przezeń wątki humanizmu.)
Ponadto – podkreśla się tu, jako plus koncepcji Marksa, to, że Marks wybija wagę analizy „rzeczywistego życia ludzi” w opozycji do rozważań nt. „ducha ludzkiego w ogóle”. W interpretacji współczesnych marksistów przywiązanych do nowożytnej koncepcji naukowości, ta słuszna uwaga zamienia się niepostrzeżenie we wmawianie Marksowi, iż wnioski dotyczące rozwoju społecznego formułuje się wedle niego na podstawie badania konkretnych grup społecznych i ich samoświadomości, która jawi się jako cząstka świadomości ogólnoludzkiej. Naukowy jest tylko taki proces, który umiejętnie spaja te cząstkowe samoświadomości w jedną całość, która teoretycznie tłumaczy życie społeczne na najwyższym poziomie uogólnienia, z zachowaniem kryteriów naukowości (czyli odejściem od spekulatywności).
W ten sposób współczesny marksizm „przezwycięża” ograniczenia strukturalizmu, który również grzeszył spekulatywnym charakterem, abstrahując od socjologicznego konkretu i posiłkując się metafizyką struktury społecznej zamiast metafizyką religijną. Luty ujmuje to w następujący sposób: „Historia rozumiana jako proces życia następujących po sobie pokoleń może być, zdaniem Marksa, badana metodami ścisłymi i obiektywnymi na podobieństwo metod badania wyzwolonych już z filozofii nauk przyrodniczo-matematycznych” (tamże).
Rzecz w tym, że te metody, to albo gromadzenie faktów i liczb, które nie prowadzą do żadnych wniosków same z siebie (i prowadzić nie mogą z samej swej natury), albo do badania samoświadomości grup społecznych, czyli do takiego samego statystycznego gromadzenia danych, które nie poddają się innemu uogólnieniu, poza stwierdzeniem, które z obiegowych opinii na dany temat przeważają. Wzniesienie się ponad badanie „rzeczywistego życia ludzi” (i, dodajmy, ich samoświadomości) wymaga jakiegoś metafizycznego założenia dotyczącego celowości takiego badania, a więc z definicji czegoś arbitralnego, czyli – nienaukowego.
Rozważania o aktualności myśli Marksa prowadzą więc, z nieubłaganą prawidłowością, kolejnych interpretatorów do nieuniknionych wniosków: w celu utrzymania naukowości myśli Marksa, należy odrzucić te elementy, które stanowią balast metafizyczny. Dziwnym trafem są to przewidywalne elementy teorii: „mit” o dziejowej roli klasy robotniczej czy „zawężanie” teorii wartości dodatkowej opartej na pracy do analizy stosunków produkcji w fabryce.
A więc – wedle nich – to nie Marks namieszał w kanonach naukowości, ale wręcz przeciwnie – sami marksiści przycinają Marksa, tak aby pasował do owych kanonów.
Nie ma wszak (w myśl nauki) żadnego naukowego powodu, aby jakakolwiek grupa społeczna stanowiła wyróżnioną siłę społeczną, choćby na określonym etapie historycznym. Przecież w każdym momencie istnieją (żyją) wszystkie grupy społeczne, a więc wszystkie mają obiektywną podmiotowość, którą same tworzą swoim istnieniem. Poza tym, dynamika rozwoju sił wytwórczych powoduje takie zmiany w układzie stosunków produkcji, które jakoby znoszą zależności zaobserwowane przez Marksa dla specyficznego odcinka czasu. W miarę upływu lat teza ta nabiera charakteru bardziej stanowczego – nie tylko relacje zaobserwowane przez Marksa stają się aktualne dla innych grup społecznych, ale nawet okazuje się, że zawsze tak było (zawsze były to relacje adekwatne dla sytuacji różnorodnych grup społecznych, które ulegały stopniowej proletaryzacji). Odrzucenie „metafizycznej” tezy o tym, że specyfika kapitalistycznych stosunków produkcji i niezwykła dynamika rozwoju sił wytwórczych w kapitalizmie stanowią niepowtarzalną okazję dla możliwości dokonania „skoku z królestwa konieczności do królestwa wolności”, prowadzi do zamazania wyjątkowości kryterium wyróżnienia klasy robotniczej jako namacalnego, materialnego przejawu owej tendencji historycznej i otwiera drogę dla budowania post factum innych kryteriów doszukiwania się podmiotowości innych grup społecznych: możliwych i ciekawych z punktu widzenia późniejszego załamania ruchu robotniczego, ale nie mających znaczenia z tego specyficznego punktu widzenia, który był właściwy Marksowi.
W przeciwieństwie do klasy robotniczej, której rola wynikała z materialnych przesłanek „rzeczywistego życia ludzi”, wyróżnianie kobiet, pracowników umysłowych itp. służy mitologizacji przeszłości, a nie otwieraniu perspektyw przyszłości (jak to miało miejsce w przypadku klasy robotniczej – ante, a nie post factum).
W sumie, podszyte hipokryzją próby uzasadniania naukowości teorii Marksa służą fałszywej podbudowie jego autorytetem reinterpretacji, która przeciwstawia się zasadniczej myśli jego doktryny. Warto w tym momencie zauważyć, że już pierwsze próby rewizji marksizmu opierały się na przyjęciu empiryczno-pozytywistycznej koncepcji naukowości, która z Heglem obeszła się niczym ze „zdechłym psem”, a z Marksem jeszcze gorzej. Ogromnie sztywne i restrykcyjne kryteria naukowości, obowiązujące w filozofii nauki w XX wieku jakimś dziwnym trafem (przypadkiem?) zaczęły być podważane w momencie, kiedy marksizm został utopiony w deterministycznej wykładni, schematyzmie procesu dziejowego i prymitywizmie relacji między „bazą” a „nadbudową”, zaś klasa robotnicza odwróciła się od marksizmu na rzecz zgodnej z naukowością i zdrowym rozsądkiem oraz pragmatyzmem strategii negocjacji utrwalającej kapitalistyczne stosunki produkcji w zakładach przemysłowych.
Społeczna nauka Kościoła odkryła „antyhumanizm” marksizmu w stosowanej przezeń terminologii, np. nazywanie robotnika „siłą roboczą”. Z właściwą sobie i burżuazyjnej ideologii gracją, społeczna doktryna Kościoła piętnuje mocniej terminologię niż samo zjawisko. Trudno się dziwić – zjawisko jest przypadkiem, zaś terminologia utrwala pewną ogólniejszą sytuację. Dając pierwszeństwo „duchowi” przed „materią”, jest to postawa doskonale logiczna, która skutecznie odpiera standardowy zarzut prostackiej hipokryzji, którym stereotypowo marksiści usiłują osłabić krytykę swojej teorii.
Problem w tym, że religijna metafizyka – po klęsce marksizmu – odzyskała odwagę odkłamywania kryteriów naukowości, kpiąc sobie z napuszoności empiryczno-pozytywistycznej wykładni i obnażając pustkę oraz osamotnienie jej przedstawicieli, których część sama zrejterowała z pola walki. Nawiasem dodajmy – kiedy tylko za jej pomocą rozprawiono się z „metafizyką” marksizmu.
Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść!
Raz pognębiony marksizm, metafizyka odzyskała swój utracony blask i siłę krytyki. Tymczasem różni marksiści nadal walczą z wiatrakami, czyszcząc marksizm z „metafizycznych” naleciałości, sprowadzając go do nauk empirycznych. Mają w ten sposób nadzieję na odzyskanie utraconej czci, a co za tym idzie, również pozycji akademickiej. Związek między nauką marksizmu a rzeczywistością społeczną będzie odtąd taki sam, jak związek między naukami społecznymi a „rzeczywistym życiem ludzi”, czyli… żaden.
Marksizm pojmowany jako nauka faktycznie spaja naukowe wyniki badawcze wyłącznie ze specyficzną grupą „proletariatu”, jaką są pracownicy nauki. Ten specyficzny „stosunek produkcyjny” stanowi diametralne przeciwieństwo stosunków produkcyjnych właściwych innym, podporządkowanym grupom społecznym, albowiem jest całkowicie autonomiczny w stosunku do gry wolnorynkowej. Biorąc choćby ten fakt pod uwagę, możemy rozszerzająco stwierdzić całkowitą nieadekwatność pozycji tzw. kognitariatu do pozycji pracowników zatrudnionych w produkcji materialnej. Rozbieżność ta ma tendencję do pogłębiania się, niewątpliwie kosztem liczebnej redukcji owej grupy społecznej.
Nie jest natomiast autonomiczny w stosunku do warstwy biurokracji (administracji) rządowej, politycznej czy ideologicznej, która stała się normą rządzenia na obecnym etapie rozwoju monopolistycznego. Naukowcy nie stosują „metody materialistycznej” do analizy własnej pozycji w strukturze społecznej, zapewne traktując siebie jako wcielenie heglowskiego ducha absolutnego, który ucieleśnia obiektywny, ponadklasowy interes społeczny z wyłącznej racji posługiwania się zawodowo poznaniem naukowym. A ponieważ poznanie naukowe odrzuca przypisywanie jakiejś grupie społecznej wyróżnionej a priori, ze względów ideologicznych, pozycji, zaś po Marksie jakoś naukowcy-marksiści nie potrafią uzasadnić takiej wyróżnionej pozycji klasy robotniczej, w efekcie mamy prymat światopoglądu naukowego, a nie politycznego – co jest (wydaje się) absolutnie słuszne i… naukowe.
Problem w tym, że badanie naukowe nie uzasadnia niczego, co by wychodziło poza opis „rzeczywistego życia ludzi”, który polega na tym, że od tysięcy lat ludzie żyją w społecznościach opartych na umowie bądź na przymusie, których istotą jest monopolizowanie prawa do podziału nadwyżki produkcyjnej między poszczególne grupy i klasy społeczne. Naukowość marksizmu, w ostatecznym kształcie, polega na odrzuceniu myśli o zastąpieniu panowania zasadą samorządu, albowiem bez wyróżnienia interesu klasy robotniczej (dowolnej klasy produkcyjnej materialnych warunków reprodukcji społeczeństwa) każda rewolucja sprowadza się do zastąpienia jednej elity biurokratycznej drugą. Trzymanie się naukowego pragmatyzmu polega więc na uzasadnianiu rewizjonistycznego (de facto przedmarksowskiego) banału, że walka społeczna polega na wymuszaniu zmian chwilowych zasad podziału, w zależności od siły danej grupy społecznej.
Ponieważ wedle Marksa pierwotny podział wartości dodatkowej odbywa się między kapitalistą a robotnikiem, to zmiany w podziale wtórnym, obejmującym pozostałe grupy społeczne, może dokonywać się tylko albo kosztem kapitalisty, albo robotnika. Gdyby pozostałe grupy społeczne znajdowały się w tym samym położeniu, co klasa robotnicza, rewolucja nastąpiłaby bez chwili zwłoki, ponieważ zmiana reguł podziału byłaby możliwa wyłącznie jako bunt przeciwko kapitaliście. Ponieważ jednak może się ona odbywać jeszcze kosztem robotnika, to rewolucja nie jawi się jako konieczność, przynajmniej dopóki można przykręcać śruby robotnikowi.
Różnica polega jeszcze na tym, że „rewolucja” polegająca na zmianie kryteriów podziału z zachowaniem dotychczasowych stosunków produkcji nie wymaga zmiany stosunków własności środków produkcji. Co bardziej światłe jednostki z innych poza robotniczą grup społecznych są świadome faktu, że prawne stosunki własności owych środków przesądzają o kryteriach i proporcjach podziału, niemniej „postęp” w dziedzinie teorii marksistowskiej ma niby polegać na tym, że środki produkcji powinny stać się własnością ogólnospołeczną, czyli… albo niczyją, albo de facto fachowców, czyli administracji/biurokracji. Dlatego naukowe zarządzanie środkami produkcji odnosi się do procesu technologicznego i menedżerskiego, a w żadnym wypadku nie do procesu politycznego, który jest w marksizmie określany mianem „dyktatury proletariatu”.
Jeżeli nie istnieje wyróżniona pozycja klasy robotniczej, a co za tym idzie – nie ma różnicy między stosunkiem pracy (najemnej) robotnika a pracownika nieprodukcyjnego, to nie ma potrzeby zawracać sobie głowy „dyktaturą proletariatu”.
Wedle Marksa, stosunek klasowy ustąpi dopiero z chwilą, kiedy bezpośredni producent materialnych warunków reprodukcji społeczeństwa nie będzie więcej wyzyskiwany, nawet w słusznej sprawie dumnego rozwoju cywilizacji ludzkiej. Dyktatura proletariatu zakłada oddanie w ręce klasy robotniczej prawa do kształtowania proporcji podziału pierwotnego, zaś podział wtórny pozostaje sprawą do uzgodnienia między zainteresowanymi. Podobnie jak, nie przymierzając, stosunek do kwestii genderowych. Taka analogia do Fukuyamowskiego „końca historii” – gender i inne kwestie obyczajowe stanowią kontynuację historii, w której będzie się wiele działo, natomiast zniesienie antagonizmu klasowego poprzez oddanie własności i dyspozycji środkami produkcji w ręce klasy robotniczej kończy historię w sensie Fukuyamy i w sensie zakończenia prehistorii i przejścia do prawdziwej historii ludzkości.
Pozornie wydaje się, że sprawa dyktatury proletariatu jest to kwestia nieznacząca. Z jednej strony, wydajność pracy w sferze produkcyjnej jest tak ogromna, że gdyby nie marnotrawstwo gospodarki kapitalistycznej, praca produkcyjna mogłaby spokojnie utrzymać o wiele większą wszak liczbę ludności nieprodukcyjnej. Nie istnieje więc produkcyjna przeszkoda „końca historii”. Z drugiej strony, taka ogromna nadwyżka sprawia, że zabezpieczenie interesu klasy produkcyjnej wydaje się bardzo proste i nie uszczuplające wartości dodatkowej. Jest to jednak możliwe do osiągnięcia wyłącznie metodami politycznymi, stąd waga dyktatury proletariatu jako tego właśnie mechanizmu politycznego, zabezpieczającego ów interes. A więc, faktyczna, rewolucyjna zmiana w sferze ekonomicznej polegająca na zmianie właściciela środków produkcji jest związana z sytuacją kryzysu, podczas którego kapitalista przestaje realizować zysk, który zapewniał mu dotychczas jego poziom życia i zdolność konkurencyjną. W sferze politycznej, dyktatura proletariatu jest konieczna jako polityczny wskaźnik – jeżeli zabezpieczony jest interes ekonomiczny klasy bezpośrednich wytwórców, którzy są pierwszymi, potencjalnymi ofiarami pierwotnego podziału wartości dodatkowej, to zabezpieczenie interesów pozostałych grup społecznych jest łatwiejsze, ponieważ w najgorszym razie nie ulega zmianie, a może tylko ulec poprawie ze względu na powiększenie pierwotnej wartości dodatkowej o cześć przynależną kapitalistom (zwiększenie części przypadającej robotnikom zwiększa ich konsumpcję kultury, a więc również część przypadającą innym, nieprodukcyjnym grupom społecznym, wedle tego samego mechanizmu, co w kapitalizmie). Dlatego los najbardziej upośledzonej klasy społecznej (bezpośredniego wytwórcy, który w każdym układzie społecznym jest najbardziej upośledzony, bo jego konsumpcja zmniejsza bezpośrednio zysk właściciela bądź faktycznego dysponenta środków produkcji, a także wartość dodatkową przypadającą na wtórny podział wartości dodatkowej) jest kamieniem probierczym klasowego charakteru danego społeczeństwa.
Stąd waga i wyróżniony charakter tej klasy w teorii Marksa, a także w interpretacji tej teorii przez Lenina.
Konkurencyjne interpretacje siłą rzeczy, i logiki mieszającej pierwotny i wtórny podział wartości dodatkowej, odchodzą od Marksowskiej koncepcji klasowości, w której konkretnohistoryczne społeczeństwo burżuazyjne z jego kapitalistycznymi stosunkami nierozerwalnie splata się z „czerwoną nicią przewodnią” procesu dziejowego i z uogólnieniem („metafizycznym”?), biorącym za podstawę niekonkretnohistoryczny, funkcjonalny charakter społeczeństwa klasowego jako jego abstrakcyjny model. Ten model (nie empiryczny, czyli nienaukowy) służy jako klucz pozwalający orientować się w procesie historycznym jako posiadającym pewien określony sens, chociaż nie sprowadzający się do wypadkowej samoświadomości poszczególnych ludzi (czy nawet elit panujących) jako przedstawicieli „rzeczywistego życia ludzi”, dającej się opisać empirycznie. A więc - nienaukowy.
Jeżeli Marks odrzuca heglizm w imię materializmu, to nie należy mylić tej postawy z akceptacją płaskiego empiryzmu i socjologicznego realizmu. Materializm rozumiany na sposób filozofii burżuazyjnej oznacza sprowadzanie wiedzy do zjawisk jednostkowych, albowiem tylko o takich możemy podeprzeć się dowodem w postaci empirycznej jednostki, reprezentującej owo zjawisko. Uogólnień, znaczeń i sensów „marksiści” doszukują się więc, śladem Marka Zagajewskiego, poza marksizmem, w dziedzinie do tego celu przeznaczonej, czyli w sferze duchowej człowieka. Takie uzupełnienie marksizmu współgra z naukową tendencją do poszukiwania wartości poza dziedziną badania naukowego. W tym też sensie, dla owych „marksistów”, jak W. Luty czy M. Zagajewski, marksizm jest nauką akademicką. Czyli jedyną godną szacunku.
Marksizm akademicki jest właśnie taką koncepcją, niezależnie od drobnych lub mniej drobnych różnic opinii w konkretnych kwestiach, które urastają w tej małostkowości do rangi zasadniczych sporów. W odrzucaniu marksizmu Marksa, marksizm akademicki stoi jednak na wspólnym gruncie.
Lęk przed wartościowaniem w nauce jest cechą nauki empiryczno-pozytywistycznej. Wartościowanie w metafizyce religijnej polega albo na potępianiu potępionych, albo na ubóstwieniu skrzywdzonych i bezsilnych. W ten sposób uprawiane wartościowanie pozostaje klasowo bezpieczne. Marksizm różni się od metafizyki, że jest teorią klasy produkcyjnej, stanowiącej zapośredniczenie między społeczeństwem a przyrodą. Jest ideologią klasy ujarzmionej, a jednocześnie teorią społeczeństwa jako całości, ze względu na usytuowanie tej klasy względem przyrody i względem społeczeństwa. Struktura podstawowa społeczeństwa uległa uproszczeniu mimo pozornej komplikacji wynikającej z różnorodności w sferze nadbudowy. O tym, że mamy do czynienia z dwiema różnymi, wrogimi sferami świadczy powszechny opór przed uznaniem roli klasy robotniczej jako dźwigni umożliwiającej przejście od prehistorii do historii ludzkości.
W świadomości masowej mamy więc do czynienia z uwewnętrznieniem indoktrynacji mającej na celu przekonanie obywateli, że produkcja przetwarzająca przyrodę nabrała charakteru zautomatyzowanego, pozaspołecznego. Przeciwwagą dla tego stanu świadomości jest wyrywające się czasami na powierzchnię przerażenie, że w jakiś sposób paliwem dla tej automatyzacji stosunku do przyrody jest utylizacja ludzi dla celów automatów (= maszyn). Są to dwie strony tego samego medalu alienacji. Niemniej jest to kolejny, ideologiczny element zwalczający teorię marksizmu, przedstawiający relacje pracy produkcyjnej i kapitału (reprezentującego społeczeństwo) jako wyrzucone poza nawias życia społecznego – sfera produkcji jako coś zewnętrznego w stosunku do społeczeństwa konsumpcyjnego.
Żyjemy w świecie urządzeń i towarów, które po prostu są, a ich żywot dla nas zaczyna się nie w fabryce czy na polu, ale w sklepie. Symbolicznie przedstawiane to jest jako utożsamienie procesu przyrodniczego z procesem technicznym – w dobie stosowania mikroorganizmów w technologii jest to zupełnie zrozumiałe. Bezpośredni wytwórca jest więc tylko biologicznym dodatkiem do urządzenia wytwórczego i w tym sensie nie jest realny, a tym bardziej problematyczny. Jednym słowem, relacje pracy w sferze produkcyjnej nie są relacjami społecznymi, ale technicznymi. Można by rzec, iż patologizacja stosunku do przyrody jest ostatecznym wyrazem patologii społecznej polegającej na zlekceważeniu i nierozwiązaniu problemu relacji międzyludzkich w produkcji. Oszczędność pracy ludzkiej i przedłużanie czasu wolnego było gwarantem umiarkowanego i zrównoważonego podejścia do przyrody. Nierozwiązanie kwestii klasowej skutkuje rozrzutnością i marnotrawstwem zasobów przyrody, ponieważ realizacja zysku wymaga stałego poszerzania rynków zbytu. Logika kapitalizmu wymusza działania destruktywne, zaś obalenie logiki kapitalizmu oznacza brak wolności rozumianej jako wolność od ograniczeń wszelkiego typu.
Logika klasy robotniczej, to logika ograniczeń właśnie.
Wyobrażenia kultury masowej, która polega na tym, iż masom wmawia, że mogą one czuć się jak elita, zostały skutecznie zaszczepione współczesnym społeczeństwom, a wiarygodność tej tezy utrzymywała się siłą argumentu rzeczywistości aż do upadku ZSRR, kiedy to przestało być koniecznym utrzymywanie pozorów w tzw. Pierwszym (opiniotwórczym) Świecie.
Zacytujmy na zakończenie Franza Neumanna (Behemot. Narodowy socjalizm. Ustrój i funkcjonowanie, 1933-1944, Fundacja Wydawnictwo Naukowe TEXTURA, Warszawa 2016), współpracownika kręgu Szkoły Frankfurckiej (czyli nikogo z naszej „sekty”), a który w 1944 roku pisał: „W warunkach demokracji rodzina, Kościół i związki zawodowe dostarczają innych bodźców, diametralnie odmiennych od dominujących warunków życia w odniesieniu do pracy i czasu wolnego. Takie postępowe tendencje były widoczne w sposobach spędzania czasu wolnego w niemieckim ruchu związkowym – zarówno katolickim, jak i socjaldemokratycznym.
Niestety, równie widoczny był trend przeciwny – zazdrość wobec kultury drobnomieszczańskiej, pragnienie jej naśladowania, zwłaszcza jej najgorszych elementów. Np. w dziedzinie szkolenia zawodowego program federacji związkowej ADGB zorientowany był na bodźce romantyczne i drobnomieszczańskie. Nie zaskakuje zatem, że niemal wszyscy byli nauczyciele ze szkoły ADGB są dziś narodowymi socjalistami. Część z nich była już w 1933 r. tajnymi członkami NSDAP. Z kolei program nauczania wielu afiliowanych związków zawodowych, w tym związku metalowców, był diametralnie odmienny. W oczach tej grupy szkolenie i sposób spędzania czasu wolnego miały uczynić ludzi krytycznymi wobec ówczesnego procesu pracy” (s. 492-493).
„Niemniej, niemieckie grupy szkoleniowe i kulturalne zachowały znaczną witalność. Zarówno w kręgach katolickich, jak i niekatolickich stanowiły one najbardziej skuteczne antidotum na kulturę masową, której standardy dyktowały prywatne monopole. Z biegiem czasu polityka związków zawodowych w sprawach spędzania wolnego czasu coraz bardziej zmierzała w stronę zmiany warunków pracy, odchodząc od kwestii odpoczynku i odzyskiwania sił do bardziej wydajnej pracy” (s. 493).
To, co nie udało się politykom Trzeciej Rzeszy, udało się uporczywej propagandzie kultury masowej, która bynajmniej nie jest monopolem faszyzmu. Warto to wziąć pod uwagę.


* Kwestia stosunku marksizmu do metodologii naukowej w apologetyce współczesnych przedstawicieli marksizmu akademickiego wymaga poświęcenia nieco więcej uwagi. Z jednej strony, np. W. Luty podkreśla fakt mieszczenia się metodologii marksistowskiej w kanonach naukowości, z drugiej jednak czyni aluzje do pewnej wyższości metodologii marksistowskiej: "'Metoda materialistyczna' to nic innego, jak odkryte przez Marksa materialistyczne pojmowanie dziejów ludzkich (…) To zaś, co ekonomiści nazywają 'Marksowską analizą systemu kapitalistycznego', to nic innego, jak zastosowanie tego materialistycznego pojmowania dziejów do analizy społeczeństwa kapitalistycznego. analiza t nie jest wyłącznie 'analizą ekonomiczną', jest równocześnie 'analizą socjologiczną', co stanowi o osobliwości materializmu jako metody badań społecznych" (tamże).
Jednym słowem, materializm stanowi o przewadze metodologii Marksowskiej nad nauką burżuazyjną. Jednocześnie, pojmowanie owego materializmu przez W. Lutego można zrozumieć poprzez podany przezeń przykład - analiza systemu kapitalistycznego jest zarazem analizą ekonomiczną, jak i socjologiczną. Tak więc, przewaga metodologii Marksowskiej objawia się jako prekursorstwo metody interdyscyplinarnej. Kryteria naukowości analizy ekonomicznej czy analizy socjologicznej nadal leżą w gestii owych nauk, a nie marksizmu.
Cytując Marksa krytykę Hegla, Luty wyjaśnia bliżej, o co mu chodzi: "Hegel ulegał dlatego złudzeniu - pisał Marks - że ujmuje się to, co realne jako wynik myślenia łączącego się w sobie, pogłębiającego się w sobie i znajdującego się w samoczynnym ruchu, gdy tymczasem metoda wznoszenia się od abstrakcji do konkretu jest dla myślenia tylko sposobem przyswajania sobie konkretu, odtwarzania go jako konkretu duchowego. W żadnym jednak razie nie jest procesem powstawania samego konkretu" (tamże).
Nie ma co wmawiać /Heglowi, że był na tyle ograniczony, iż sądził, że myśleniem stwarza się świat, zwłaszcza myśleniem ludzkim. Trudno też wmawiać tę wiarę nauce burżuazyjnej. Problem polegał na tym, że po Kancie panowało przekonanie, iż człowiek nie jest w stanie poznać istoty rzeczywistości materialnej, która pozostaje poza nim i to właśnie z tej przyczyny. Gdyby myśl stwarzała rzeczywistość, byłaby w stanie uchwycić jej istotę. Dlatego zresztą tylko Bóg zna istotę rzeczywistości :-)
Myśl jest, w pewnej optyce charakteryzującej się spójnością logiczną, jedyną rzeczywistością, zaś świat materialny jedynie jej epifenomenem.
Jeżeli Marks (czy później Lenin) obstawał przy materializmie, to w opozycji do takiego właśnie pojmowania rzeczywistości. Hegel szukał sposobów przezwyciężenia tego problemu postawionego przez Kanta i w tym poszukiwaniu był dla Marksa nauczycielem, choć nie traktowanym bezkrytycznie.
Z perspektywy naszego, tu rozpatrywanego problemu, nauka burżuazyjna nie stoi na gruncie Hegla, tylko raczej Kanta. W pewnym sensie, przywoływanie w tym kontekście krytyki Hegla przez Marksa jest nieadekwatne. To dzięki konstruktywnej krytyce Hegla, Marks wychodzi poza ograniczenia nauki burżuazyjnej, narażając się na zarzut nienaukowości (w sensie burżuazyjnego postkantyzmu). Wywód Lutego jest w tym kontekście
ni pri czom, jak mówią bracia Rosjanie, a nawet zafałszowuje faktyczne dokonania marksizmu.
Materializm Marksa jest twierdzeniem, że dzięki praktyce społecznej mamy możliwość poznania rzeczywistości materialnej w jej istocie, a nie tylko mamy szansę uprawiania inżynierii społecznej, czyli dość arbitralnego kształtowania rzeczywistości społecznej, która nie podlega regułom deterministycznym rzeczywistości materialnej, pozaludzkiej. Można, oczywiście, zgadzać się lub nie zgadzać z tym, nie o to nam tutaj chodzi. Rzecz idzie o to, że oryginalność marksizmu w dziedzinie naukowego poznania rzeczywistości nie leży w interdyscyplinarności szczegółowych gałęzi nauki burżuazyjnej, ale w zupełnie innym podejściu do kwestii poznawalności świata materialnego. W tym sensie, jako że - powtórzmy - nauka burżuazyjna nie przezwyciężyła stadium postkantyzmu - metoda Marksa jest diametralnie różna od metody nauki burżuazyjnej. Uzgadnianie ich obu zawsze będzie prowadziło do okrojenia oryginalności marksizmu, a nie odwrotnie.
Materializm historyczny, jako zastosowanie w poznaniu życia społecznego, nie jest tożsamy z syntezą nauki ekonomii i nauki socjologii.
Luty rozumie materializm w sensie materializmu wulgarnego, czyli jako stwierdzenie, że danymi naukowymi są fakty empiryczne, które w procesie poznania ulegają relatywizacji do założeń naszego rozumowania. Przypadkowość relacji wynikania zjawisk społecznych idzie w parze z odwrotnością medalu - przekonaniem o dowolności w kształtowaniu procesów społecznych: posługiwanie się empirycznie obserwowanymi prawidłowościami bez przekonania o ich absolutnie obiektywnym charakterze.
Zajmowanie się badaniem związków między elementarnymi cegiełkami zjawisk społecznych, co prowadzi do konstruowania równoległego obrazu świata do samego świata, nie jest istotą metody Marksowskiej. Wyraża tylko dążenie (z góry obarczone pesymizmem co do wyniku) do osiągnięcia obiektywnego poznania.
Lutemu chodzi, być może, o to, że wyższość marksizmu miałaby się wyrażać w zagwarantowaniu osiągnięcia owego obiektywizmu, czyli w realizacji postulatu, który sama nauka i filozofia burżuazyjna ogłosiły niemożliwym do realizacji. W ten sposób marksizm naraża się wyłącznie na śmieszność w oczach nauki burżuazyjnej.
Z drugiej strony, tak skarykaturyzowany marksizm chętnie przyjmuje za swą realizację owe pozytywistyczno-empiryczne projekty badawcze współczesnych postmarksistów, którzy mnożą obiekty badawcze bez najmniejszego podejrzenia, że można by jej jakoś hierarchizować. Zgodnie zresztą z zasadami nauki burżuazyjnej.


Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
15 sierpnia 2018 r.

Z cyklu "Jaja jak czerwone berety"


WIDZIAŁY GAŁY, CO BRAŁY

Gdyby nie skok Platformy na nasze emerytury i rozkład polskiej lewicy, pewnie PiS nigdy by nie doszedł do władzy. Jako bezrobotny jestem nad to. Niemniej rozumiem tych, co postawili na Kaczyńskiego. W końcu to on podjął decyzje o cofnięciu wieku emerytalnego. Nie kto inny. Dzięki niemu niejeden dziś wędkę moczy. 

W dołku dwukilowego okonia można złapać na własne przyrodzenie. Myślałem, że  karp mi się trafił. Przecież nie pirania. Co mi tam chude garbacze na obrotówkę czy żywca. Gały wyszły? Nawet na brzegu nie puścił. Jeszcze piecze.

Zuch - wrócił do dołka.



Na Sekretarzu Generalnym Stowarzyszenia Marksistów Polskich nie mszczę się, choć łyknął cykl moich felietonów, o archiwum i stronie internetowej Grupy Samorządności Robotniczej  nie wspominając. Pewnie jeszcze nie nadrobił zaległości w lekturze.

W setną rocznice Rewolucji Październikowej zebrało się sporo. Na konferencji wyszło, że nie nadążał za publikowanymi materiałami. Może dlatego nie wiedział, że Rewolucja nie umarła. Stanął po stronie uczniów Jarosława Ładosza.

Odtąd klepał równo jak pacierz coś o świętym prawie własności do strony grupy, z którą się zdecydowanie nie utożsamiał. 

Na fejsie pozostał ślad po dyktatura.info - z likwidatorem w roli właściciela i moderatora. Tak wyszło.

Stąd "PO PROSTU MARKSIZM".


W Rosji na powtórkę z emerytalnej rozrywki załapał się duet Putin - Miedwiediew.

Protesty narastają, a duet - mocno trzyma za przyrodzenie.

Widziały gały, co brały.


Włodek Bratkowski

29 lipca 2018 r.


Roman Osin: Dlaczego klasa robotnicza jest najbardziej rewolucyjną klasą społeczeństwa kapitalistycznego? (12 lipca 2018 r.)

Ruben Kazarian o marksizmie, Korei Północnej i rockowej propagandzie - w wywiadzie prowadzonym przez Konstantina Siomina, 5 lipca 2018 r.


LIPCOWY MANIFEST GSR
(WSPÓŁCZESNE STRAJKI WE FRANCJI A DOŚWIADCZENIA POLSKIEGO SIERPNIA ’80)

Podsumowując walkę strajkową we Francji trwającą od marca 2018 r., redakcja „Lutte de classe”, w artykule pt. „Strajk kolejarzy i wielkie manewry partii burżuazyjnych” (nr 193, lipiec-sierpień 2018), pisze, m.in.: „Strajk kolejarzy nie był wystarczająco potężny, zdeterminowany i wybuchowy, aby zaniepokoić burżuazję. Tym, co może ją zaniepokoić, to są niekontrolowane pożary, zagrożenie własności (stąd kapitalna waga masowych strajków połączonych z zajmowaniem fabryk w maju-czerwcu 1936 r., które zagrażały, cytując Trockiego, 'podważeniem zasady własności burżuazyjnej'.” (s. 3).
Walka nie może polegać na paktowaniu z przeciwnikiem, jak to miało miejsce w przypadku strajków we Francji, gdzie poza zachowaniem związków UNSA i CFDT, które od początku były nakierowane na negocjowanie i które rozsadziły porozumienie międzyzwiązkowe opuszczając je 19 i 20 czerwca, CGT i idące w jej ślady organizacje związkowe wymyśliły na potrzeby chwili taktykę polegającą na prowadzeniu strajku przez dwa dni, po czym miały nastąpić trzy dni pracy. Jej odmianą była taktyka strajku odnawialnego (reconductible), zaproponowana przez Sud-Rail. Argumentem była fałszywa troska o to, aby skutki strajku nie obciążały zbytnio strajkujących.
Zdaniem redakcji, „strategia CGT ma na uwadze to samo, co [strategia] CFDT i Sud-Rail: wywalczyć sobie pozycję przetargową w negocjacjach. Kierownictwa związkowe nie życzą sobie dynamiki, nad którą nie miałyby kontroli. Nie chcą powstania świadomości kolektywnej ludzi pracy. Stąd sprzeciw CGT wobec jakichkolwiek przejawów demokracji robotniczej” (tamże, s. 2).
Nawet w przypadku klęski (a takich jest więcej w historii ruchu robotniczego niż zwycięstw), robotnicy nabierają doświadczenia niezbędnego do prowadzenia dalszych walk, którego są pozbawieni w przypadku takich mobilizacji, jak ta, o której pisze kwartalnik Lutte Ouvriere:
„W przypadku samej historii rewolucji rosyjskiej, to Październik 1917 roku nadał sens wszystkim wcześniej przegranym walkom przejawiającym się w masie strajków, walk politycznych, stłumionych manifestacji, starć z policją, wszystkim cofnięciom, wszystkim klęskom, które przyczyniły się w tym samym stopniu, co sukcesy, do tego, że rosyjska klasa robotnicza mogła uformować swoje kadry, w pierwszym rzędzie kadry bolszewickie” (tamże, s. 3).
*
Warto skonfrontować te spostrzeżenia francuskich posttrockistów z analizą ruchu strajkowego na Śląsku, w okresie poprzedzającym powstanie Solidarności, przeprowadzoną przez Wojciecha Błasiaka w książce pt. Zaprzepaszczona rewolucja. Robotnicza rewolucja społeczna „Solidarności”. Podłoże, przyczyny, przebieg, skutki i konsekwencje (w trzech studiach), Katowice 2018):
„Decydujący strajk w Kopalni ‘Manifest Lipcowy’ wybuchł na trzeciej zmianie o godz. 22.00. Górnicy zamiast ‘udać się do szatni i przygotować do zjazdu, zbierali się w grupy i dyskutowali. W pewnym momencie ktoś z tłumu rzucił hasło, by przejść do cechowni. Większość górników z III zmiany posłuchała tego wezwania, dołączyli do nich częściowo górnicy ze zmiany, która zakończyła pracę. W tym momencie jeszcze nikt z dozoru nie liczył się poważnie z ewentualnością wybuchu strajku. Sądzono, że jest to chwilowe zamieszanie, które uda się opanować i praca będzie się mogła normalnie rozpocząć’. Rozpoczyna to kilkugodzinny proces wytwarzania sytuacji strajkowej. W sensie socjologii życia codziennego jest to wymagający intersubiektywnego wysiłku psychicznego proces zawieszania istniejącej rzeczywistości życia codziennego. Dokonuje się w jego trakcie branie w nawias wszystkiego, co do tej pory było oczywiste, a co już traktuje się jako problematyczne ze względu na skumulowany efekt niezadowolenia i ukrytej mobilizacji. Wspólnotowa odmowa wykonywania rutynowych czynności zawodowych i tworzenia nowej sytuacji społecznej, pozbawionej wcześniejszych wzorów, wprowadziła praktycznie zawieszenie rzeczywistości życia społecznego: ‘Początkowo w cechowni zgromadzenie miało charakter żywiołowy, na tym etapie nie wyłonili się żadni przywódcy. Dyskutowano w grupach co robić dalej.’ Rozpoczęło to tworzenie nowego intersubiektywnego dyskursu już strajkowego, poczynając właśnie od dyskusji co robić dalej. W tym momencie nastąpiła interwencja dyrektora, który starał się nakłonić górników do powrotu do pracy. Zaczęła się dyskusja i zgłaszanie ad hoc wymyślonych postulatów, ‘bardziej o charakterze wypominania dotychczasowych krzywd, aniżeli konkretnie sformułowanych punktów’. (…) Doszło do interwencji całego dozoru górniczego, sekretarzy oddziałowych organizacji PZPR i aktywistów ORMO, którzy próbowali nakłonić górników do podjęcia pracy, a część zgromadzonych tam zastraszyć (…)
Przejście ze stanu głębokiego uprzedmiotowienia i uzależnienia zawartego w ‘postawie naturalnej’, wyrastającej z typizacji życia codziennego, do sytuacji ich zawieszenia i wzięcia w społeczny nawias, zrodziło dopiero proces podmiotowania i intersubiektywnego docierania stricte fenomenologicznego do źródeł własnej aktywności sprawczej. Ten punkt wyjścia procesu podmiotowania wyraża empiryczno-sytuacyjnie fakt braku przywódców i braku własnej organizacji społecznej strajku w momencie jego wybuchu. (…)
Motywem przewodnim strajku był zasadniczy sprzeciw wobec sytuacji w kraju, a nie konkretne sprawy górnicze. Ten bunt był w swym aspekcie pozytywny, związany z jednoznacznym poparciem dla strajków na Wybrzeżu. (…) tworząca się intersubiektywna podmiotowość strajkowej grupy uczestnictwa nie była już tylko interpersonalna w odniesieniu do strajkowej grupy uczestnictwa, ale dotyczyła nowej grupy odniesienia, jaką stawali się strajkujący robotnicy w Polsce” (tamże s. 78-94).
„(…) strajkujący nie występują już jako tylko najemna czy wręcz biurokratycznie dysponowana siła robocza, lecz samodzielny podmiot organizujący strajkową rzeczywistość produkcyjną. (…) W praktyce strajków wszystkie decyzje są podejmowane jawnie, zwykle poprzez aklamację, rzadziej w głosowaniu. Jednoznaczny zaś sprzeciw większości jest odrzuceniem decyzji. Strajkujący ściśle kontrolują swych negocjujących kolegów z komitetów strajkowych, uczestnicząc zbiorowo poprzez bezpośrednią transmisję przez radiowęzły – w negocjacjach lub bezpośrednio w salach i halach fabrycznych” (tamże, s. 128-129).
Jak pisze W. Błasiak, powołując się na Rona Aminzade’a i Donga McAdama: „Samo zjawisko narastającego niezadowolenia i poczucia niesprawiedliwości, przechodzące w silne i trwałe emocje gniewu, nie wystarczają wszakże do mobilizacji społecznej prowadzącej do otwartego buntu społecznego (…) Konieczna jest emocjonalna nadzieja na zmianę niesprawiedliwej sytuacji wywołującej gniew. ‘Tylko wówczas – twierdzą [Aminzade i McAdam] – gdy gniew idzie w parze z nadzieją, mogą pojawić się formy działania, które normalnie kojarzymy z ruchami społecznymi i rewolucjami’.” (tamże, s. 57).
Sytuacja braku związkowego przywództwa (zdecydowane odrzucenie dotychczasowych, skompromitowanych form reprezentacji robotników wobec dyrekcji) miała zasadnicze znaczenie w kwestii utrzymania mobilizacji strajkujących: „Górnicy zgłoszeni do pierwszego komitetu strajkowego, po uprzytomnieniu konsekwencji swej nowej sytuacji społecznej ról przywódców strajkowych, nie wytrzymują presji odpowiedzialności. Mają zbyt niski poziom podmiotowości, by udźwignąć ciężar nowych ról społecznych przywództwa strajkowego. Ale zmiany, jakie już zaszły w świecie intersubiektywnej podmiotowości, powodują dalsze poszukiwanie przywódców.
‘Wybrano II Komitet Strajkowy. Udał się on do gabinetu dyrektora kopalni, aby omówić zgłoszone naprędce postulaty (…) Po blisko godzinnych pertraktacjach prowadzonych bez udziału załogi, Komitet Strajkowy powrócił na dziedziniec przed cechownię i poinformował zebranych, że wszystko zostanie załatwione, ale teraz należy przystąpić do pracy. Zebrani na takie oświadczenie wygwizdali Komitet Strajkowy i usunęli znajdujących się w nim ludzi.’ Moment opuszczenia przestrzeni placu ze strajkującymi przez drugi komitet strajkowy okazuje się być opuszczeniem nowej intersubiektywnej rzeczywistości strajkujących. Wejście na rokowania do siedziby dyrekcji okazało się powrotem do zawieszonej wśród strajkujących rzeczywistości górniczego życia codziennego. I członkowie drugiego komitetu strajkowego presji tej rzeczywistości nie wytrzymują i do niej wracają, zgadzając się na argumenty dyrekcji. Mają jeszcze zbyt niski poziom podmiotowości, aby poza uobecnioną rzeczywistością intersubiektywną strajkujących wytrzymać presję rzeczywistości życia codziennego, tworzoną przez dyrektora kopalni i jego ludzi. Było to możliwe dzięki temu, że stan intersubiektywnej redukcji fenomenologicznej, umożliwiający docieranie do źródeł własnej podmiotowości, trwał zbyt krótko, a członkowie dwóch pierwszych komitetów nie osiągnęli jeszcze jednostkowego i międzyjednostkowego poziomu podmiotowości, umożliwiającego im samodzielne działanie.
Ponawiane przez dyrekcję próby nakłonienia strajkujących do powrotu do pracy, w zamian za zgodę na pertraktacje z wyłonionym nowym komitetem strajkowym, okazują się już bezskuteczne” (tamże, s. 82).
*
Wysiłek polegający na „zawieszeniu rzeczywistości życia codziennego” jest ogromny, jest związany z nieznanym, z ryzykiem, z oporem ze strony rodziny i bliskich. Każde przerwanie owego stanu, nawet na 2-3 dni (jak to postulowały propozycje CFDT czy Sud-Rail we Franci), wiąże się z koniecznością podejmowania ponownego wysiłku mobilizacyjnego od zera, z coraz mniejszą, z założenia, skutecznością.
Drugą sprawą jest niemożność upodmiotowienia strajkujących w przypadku istnienia sprawnej instytucji reprezentacji związkowej. Podmiotowość tej instytucji zastępuje skutecznie podmiotowość strajkujących z wszelkimi tego konsekwencjami.
Trzecią sprawą jest demokracja burżuazyjna, która umożliwia dokonanie zmiany politycznej dzięki polityce alternacji, czyli rotacji grup w łonie elity profesjonalnie sprawującej rządy.
Tego elementu nie było w przypadku władzy w krajach „realnego socjalizmu”. Zmiany na stanowiskach rządowych czy partyjnych, nawet jeśli stwarzały w jakimś stopniu skuteczne złudzenie w oczach społeczeństwa, wiązały się z konsekwencjami nie do przyjęcia dla popadających w niełaskę grup samej biurokracji. Sam system władzy w PRL nie miał mechanizmu wbudowanego instynktu samozachowawczego, tak jak w przypadku panowania burżuazji. System monopartyjny był największą przeszkodą dla konserwacji władzy biurokracji, stanowiąc jednocześnie istotny element w utrzymywaniu fasady siły wobec klasy robotniczej. Nie był w żadnym stopniu wymogiem dyktatury proletariatu. Rozpaczliwe zakazy pluralizmu politycznego, pociągające za sobą samobójczy monopartyjny system władzy biurokratycznej, miały na celu niedopuszczenie do wykrystalizowania się samoświadomości klasy robotniczej, zdolnej w sytuacji buntu, jak w sierpniu 1980 roku, do żywiołowego przejęcia podmiotowości, ale niezdolnej do politycznego wygrania w skomplikowanej rozgrywce będącej następstwem długo oczekiwanego rozkładu systemu władzy biurokratycznej.
Przegrana klasy robotniczej jest konsekwencją niezdolności ówczesnych marksistów do sprostania sytuacji, w której klasa robotnicza żywiołowo i szybko (zbyt szybko, jak na marksistowski refleks szachisty) stworzyła warunki dla rewolucji społecznej. Część rzekomo marksistowskiego aparatu ideologicznego do końca, z mniejszym lub większym przekonaniem, ale lojalnie, asystowała biurokracji, której – z braku przejęcia inicjatywy przez marksistów i ich ewentualną partię – przypadło w udziale dzieło demontowania „zdeformowanego państwa” w kierunku kapitalistycznym.
Importowani z Zachodu marksiści również nie byli w stanie wesprzeć inicjatywy tworzenia samodzielnej partii robotniczej, a to z powodu przenoszenia własnych ambicji klikowych i zwyczaju wzajemnej rywalizacji na teren swojej nowej konkwisty, a to z powodu politycznego kunktatorstwa, do którego przywykli we własnych krajach na tle utraty wiary w misję klasy robotniczej.
W sytuacji współczesnych krajów Zachodu, w których wybuchają walki strajkowe, mamy więc do czynienia z sytuacją niesprzyjającą obiektywnie: w przeciwieństwie do sytuacji Polski z roku 1980, gdzie robotnicy zakwestionowali całość stosunków społecznych, kwestionując własną sytuację braku godności pracy, pracownicy w demokracjach burżuazyjnych nie są w stanie zakwestionować systemu jako takiego. Oczekiwanie pełni determinacji jest w tej sytuacji pozbawione realnych podstaw. Wykorzystują to instytucjonalni reprezentanci świata pracy, którzy dbają o to, aby cząstkowe postulaty pracownicze nigdy nie przerodziły się w sytuację zagrażającą stabilności systemu burżuazyjnej demokracji. Wentyl bezpieczeństwa jest też wbudowany w system organizacji władzy wykonawczej tak elastycznej (demokratycznej), aby nie dopuścić do zakwestionowania panowania klasowego kapitału.
Przezwyciężenie partykularyzmu poszczególnych grup pracowniczych jest zadaniem syzyfowym dla niedobitków partii wywodzących się z tradycji trockistowskiej czy stalinowskiej, skoro nie przyjmują one wiodącej roli klasy robotniczej, która jako jedyna może dać ramy uniwersalizmu walki klasowej. Tylko ta klasa, wraz ze swą misją stworzenia alternatywnego wobec systemu prywatnej własności środków produkcji – kapitalizmu, może sensownie i nie awanturniczo dać wizję takiego konkurencyjnego systemu produkcji.
Takie są lekcje przegranego z punktu widzenia klasy robotniczej Sierpnia ’80 dla współczesnych walk strajkowych na świecie.

W imieniu Grupy Samorządności Robotniczej
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
22 lipca 2018 r.

DLACZEGO  I  DLA  KOGO  MARKSIZM  UTRACIŁ  ATRAKCYJNOŚĆ ?

Od samego swego początku teoria marksizmu nie była tylko, ani przede wszystkim, programem walki o bieżące interesy świata pracy. Takich programów w dziejach ruchu robotniczego powstało wiele i nadal przejawiają się one w strategii i taktyce aktywności związkowej i organizacyjnej ludzi pracy najemnej.
Marksizm natomiast od początku był polemiką z panującym światopoglądem, ze współczesną mu filozofią dziejów i teorią stosunków społecznych. Marks jedną nogą wciąż pozostawał na intelektualnym gruncie świata naukowego. Sprawa o tyle interesująca, że budując swoją intelektualną koncepcję wokół pojęcia dialektyki, w sporze (a jednoczesnym związku) z Heglem, wyznaczał pewną tendencję metodologiczną w nauce, która przeciwstawiała się wyłaniającej się, pozytywistycznej tendencji, a która miała zdominować naukę w nadchodzącym wieku.
Pozytywizm w nauce wywoływał, oczywiście, odruch sprzeciwu, który wyrażał się w rozkwicie koncepcji irracjonalistycznych, mistycznych, religijnych, estetyzujących, idealistycznych. W przeciwieństwie do marksizmu (czy do heglizmu), tendencje te były jednowymiarowe, albowiem nie postrzegały jedności pozornych przeciwieństw. W tym sensie marksizm był obiecującą teorią naukową, tym bardziej pociągającą, że dawał wyjaśnienie i zrozumienie ograniczonego charakteru pozornych sprzeczności mieszczańskiej umysłowości (znajdowało to swój wyraz w krytyce literackiej - wdzięcznym polu do popisu, choć nie bez racji krytykowanej za uproszczenia). Działo się tak ze względu na metodę dialektyczną, która w rękach (a właściwie – głowach) różnych myślicieli przystających do marksizmu zyskiwała sobie znaczenie coraz bardziej niezależne od drugiego filaru koncepcji Marksa, czyli od roli ruchu robotniczego. Warto dodać, że – ze szkodą dla głębi teorii.
Jednym słowem, marksizm był w czasach odhumanizowanego pozytywizmu i sentymentalnego psychologizmu atrakcyjną propozycją dla myślących intelektualistów.
Akces do piewców ruchu robotniczego – z racji jego sukcesów politycznych – wydawał się mniej lub bardziej świadomym swej roli poputczikom nieuciążliwą transakcją wiązaną.
Ponieważ heglizm nie był dobrą przepustką do XX-wiecznego świata nauki, marksizm samodzielnie torował sobie drogę do akademii oraz kreował własny nimb dostojeństwa. Posiłkował się w tym dziele pozanaukowym autorytetem sukcesu pierwszego kraju budującego socjalizm oraz siłą ruchu robotniczego w krajach kapitalizmu. Była to jednak wciąż bardzo naskórkowa zdobycz, łatwo utracalna wraz z nieuchronnym podkopaniem świeżego autorytetu przez, np. kompromitację stalinowskiego, autorytarnego systemu państwowego. Nad marksizmem akademickim wisiał wciąż, jak miecz Damoklesa, wydany w swoim czasie wyrok na heglizm.
Upraszczające interpretacje rozwoju dziejowego, uwiarygadniane przez stalinowską wykładnię materializmu historycznego, które początkowo, dzięki swojej prymitywnej prostocie, zyskiwały sobie powszechne, bezrefleksyjne uznanie, stały się z kolei źródłem zawstydzenia, tym bardziej, że zbiegały się z trudnościami budownictwa socjalizmu w jednym kraju. Marksizm akademicki został sprowadzony do statusu przyczynku do koncepcji socjologicznej w ulepszonej, autorskiej interpretacji Maxa Webera. W dziedzinie emancypacyjnej, marksizm akademicki zlał się w jedno z liberalizmem, dając nową definicję lewicowości, abstrahującą od klasycznej kwestii struktury produkcyjnej społeczeństwa.
Równolegle do procesów zachodzących na zachodniej lewicy, marksizm „rewizjonistów” w krajach realnego socjalizmu uległ podobnej ewolucji upodobniającej go do nauki zachodniej. Zamiast podjęcia oryginalnego trudu myśli marksistowskiej, związanego z ruchem robotniczym (co stanowi o wybitnej oryginalności tej teorii), nacisk „rewizji” został położony na kwestie narodowe. Charakterystyczne dla „rewizjonizmu” jest bowiem odwoływanie się do koncepcji ucisku narodowego. Zarówno wcześnie, jak i późno „nawróconym” na demokrację poststalinowcom odwoływanie się do znajomej lewicy zachodniej kwestii ucisku ze strony narodu silniejszego wobec narodów mniejszych wydaje się stanowić niezbędne, historyczne alibi dla swego karierowiczostwa z minionego okresu.
Akces do marksizmu jawi się bowiem jako akces do postępowej i obnażającej korzenie wyzysku koncepcji Centrum i Peryferii. Tak jak niegdyś pierwsi „rewizjoniści” uskarżali się na „ukąszenie heglowskie” i ogólnie zbyt dobre serce, które zostało zwiedzione współczuciem dla próżniaczej klasy panującej „realnego socjalizmu”, tak ich późne dzieci, w swej dziecięcej naiwności sądziły, że naród Wielkiego Brata, bezczelnie wyzyskujący Naród Polski, czyni to tylko chwilowo, powołując się na to, że buduje lepszą przyszłość, w której zwróci z nawiązką swój dług.
Można powiedzieć, że tę ewolucję ideologiczną (i alibi) „poststalinowcy” zawdzięczają poniekąd posttrockistom, którzy w ramach zachodniej Nowej Lewicy właśnie taki model imperialistycznego ZSRR otoczonego uciskanymi narodowo państwami „obozu socjalistycznego” upowszechniali – tworząc swoiście spójną koncepcję sowietologiczną. Dziś obstają przy niej nadal, chociaż ZSRR się rozsypał, albowiem nie posiadają żadnej, poza tym, koncepcji mogącej spójnie objaśnić wydarzenia końca XX wieku i katastroficzne perspektywy świata na progu XXI wieku.
Problem zastępowania perspektywy biurokratycznej przez narodową datuje się zresztą nie od czasów Nowej Lewicy, ale można by go wywieść, przy odrobinie złej woli, od niekonsekwencji Trockiego czy nawet Lenina.
W ten sposób jednak odsuwa się kwestię robotniczą, zastępując ją kwestią narodową, zaś kwestie społeczne, które w optyce ruchu robotniczego mają charakter antagonizmu klasowego, zostają zneutralizowane w taki sposób, że perspektywa socjalistyczna zostaje zastąpiona perspektywą walki bieżącej o interesy ekonomiczne niezróżnicowanego klasowo społeczeństwa. Czyli odrzucona zostaje płaszczyzna teoretyczna, która została stworzona przez Marksa w odróżnieniu od aktywności innych grup politycznych jego czasów. Jeżeli natomiast perspektywa socjalistyczna zostaje przez część lewicy w jakimś stopniu deklaratywnie zachowana, to nie odróżnia się ona od socjaldemokratycznej koncepcji pierwszeństwa ruchu (dowolnych, nowych ruchów społecznych) przed celem.
*
Okres po II wojnie światowej pozwolił krajom II i III Świata reprodukować swoje niekapitalistyczne stosunki produkcji, co spowodowało, że ściśle kapitalistyczne, przyspieszone różnicowanie społeczeństw w skali globalnej było hamowane. Stosunkowo niewielka grupa krajów wysokorozwiniętych mogła bezpiecznie i bezkarnie cieszyć się swoim przywilejem. Dziś, upowszechnienie stosunków kapitalistycznych spowodowało ujednolicenie modelu zróżnicowania społecznego, przez co musiało się również wrócić zróżnicowanie społeczne w krajach rozwiniętych w postaci dla nich drastycznej. Można by rzec, iż II i III Świat wspólnie robiły co mogły, aby utrzymać możliwość wyzysku „otoczenia niekapitalistycznego” przez kraje imperialistyczne. Racjonalizując i planując swoją gospodarkę na siermiężnym poziomie łagodziły skutki eksploatacji pasożytniczej krajów kapitalizmu rozwiniętego. Do czasu, aż wyczerpały swoje możliwości nasycenia nienasyconego potwora.
Spłycenie różnic społecznych w krajach rozwiniętych pozwoliło na upowszechnienie "klasy średniej" i stworzenie złudzenia trwałości wspólnoty interesów wszystkich grup społecznych pracowników najemnych. Po pyrrusowym (i niezupełnie chcianym przez ideologów Zimnej Wojny) zwycięstwie kapitalizmu nad „komunizmem” okazało się, że skończył się okres „łatwej i naiwnej ofiary” imperialistycznego wyzysku (abstrahujemy tu od samoświadomości biurokracji „realnego socjalizmu”).
Gospodarcza koncepcja liberalizmu nie ma problemu z dopuszczeniem do wyrównania się naczyń połączonych globalnego kapitalizmu kosztem własnej "klasy średniej". Warunkiem utrzymania jej dobrobytu jest kontynuacja wyzysku mniej rozwiniętych rywali. Jednak tam opór stawia rodzima klasa kapitalistów, którą stworzył upadek realnego socjalizmu, lub pobudził do rywalizacji - na obszarach III Świata. Upadek nadzoru nad rodzimą gospodarką i wzrost zróżnicowania społecznego powoduje jednak wszędzie wzrost nacisku na władze w celu przeciwstawienia się dalszej degradacji życia. Młoda burżuazja też potrzebuje wsparcia. Takie jest obiektywne podłoże wzrostu nastrojów nacjonalistycznych na świecie. Narodowe burżuazje znalazły się w sytuacji (niechcianej) rywalizacji. Zabrakło bowiem pełniącego funkcję bufora ryzyka gospodarczego, państwowego sektora z jego względnie sprawnym wyzyskiem klasy robotniczej kamuflowanym hasłem jej panowania politycznego. Jeżeli nie ma możliwości nielimitowanego wyzysku otoczenia, konieczny jest wzrost wyzysku własnej klasy robotniczej, a w przypadku jej braku – zmniejszenia konsumpcji "klasy średniej". Albowiem konieczne jest zwiększenie własnej stopy zysków, czyli ograniczenie finansowania państwa i jego sfery socjalnej. Kapitaliści stoją u steru gospodarki i dlatego decydują arbitralnie, na jaki poziom wydatków mogą sobie pozwolić, aby zachować pokój społeczny, a jednocześnie wygrać rywalizację ekonomiczną na rynku światowym.
Jeżeli nie istnieje perspektywa rewolucyjna, zarówno "klasa średnia", jak i klasa robotnicza muszą się podporządkować własnej burżuazji i stanąć solidarnie u jej boku, aby pokonać konkurencyjną burżuazję wraz z konkurencyjnym narodem. Ta walka przejawia się w ogromnie zróżnicowany sposób – od konkurencji w ramach Unii Europejskiej (z wierzchu leniwej, podskórnie – bezwzględnej) do „walki cywilizacji”, oczywiście zachodniej, z „barbarzyńskim” islamem. Przejawia się też w próbie zyskania przewagi nad konkurencją dzięki podporządkowaniu sobie zasobów Rosji – obłędne i irracjonalne sankcje służą wyłącznie zaszachowaniu konkurencji i uniemożliwieniu jej nawiązania relacji gospodarczych z Federacją. Państwa unijne wzajemnie się blokują, i to skutecznie, jednocześnie zarzynając kurę znoszącą złote jajka!
Solidarność "klasy średniej" i klasy robotniczej jest wymuszona przez burżuazję, natomiast bez tej kontroli przeradza się w sprzeczność interesów: "klasa średnia" w takiej liczbie, jaka została wytworzona przez powojenny okres prosperity, jest zbyt dużym obciążeniem. Jest zresztą nieracjonalna z punktu widzenia wolnokonkurencyjnego kapitalizmu, a jej tymczasowa dopuszczalność była uzasadniona jedynie faktem, że klasa pracowników produkcyjnych, podwyższając swój poziom życia, mogła opłacić usługi "klasy średniej" (edukacja, medycyna, wypoczynek itp.) Aktualnie, tak liczebna "klasa średnia" traci rację bytu. Tylko zwiększenie wyzysku klasy robotniczej może pozwolić na opłacenie wymagań "klasy średniej", ale to jest akurat chwilowo nieracjonalne z punktu widzenia kapitalisty. Postępuje więc proces dochodzenia do nowej równowagi, wymuszany przez wolny (i jakże racjonalny!) rynek.
Popularne twierdzenie o harmonii interesów społecznych ogółu pracowników najemnych przeciwko kapitalistom jest więc bzdurą. Świadczą o tym nastroje nacjonalistyczne, ksenofobiczne, które wbrew potocznej opinii nie dotyczą jedynie warstw robotniczych, ale obejmują całość społeczeństw – inaczej tylko są uzasadniane. Jeśli chodzi o rządy, to także rozchodzi się o delikatne kwestie utrzymywania pozorów jedności unijnej i nie danie się sprowokować w sytuacji, w której wyłamujący się kraj biorący udział w rozpętywaniu wojny w Afryce Północnej mógłby stać się ofiarą nagonki pozostałych, „humanitarnych” wspólników zbrodni. Rządy są osamotnione w swej walce o optymalne zarządzanie interesami „swoich” kapitalistów, wbrew ich pozbawionej odruchów solidarności prywacie. W pewnym sensie muszą się nawzajem wspierać (spierając się), sprawiając wrażenie, że bez nich rozsypie się ład europejski czy światowy. Tylko to je utrzymuje przy władzy. Inaczej padłyby ofiarą walki wewnętrznych grup kapitałowych, które mają różne, sprzeczne, nieformalne powiązania międzynarodowe. Polityka daje rządom władzę nad tymi grupami, bo mogą one metodami dyplomatycznymi uzyskać to, co nieco ryzykowniej byłoby uzyskać rozpętaniem kolejnej wojenki lokalnej, jak to praktykowano skutecznie w niedalekiej przeszłości.
Rządy krajów rozwiniętych mają więcej do stracenia, więc usiłują grać ostrożnie, w przeciwieństwie do Polski czy Węgier, które z kolei sądzą, że mają niepowtarzalną szansę ugrania czegoś rozbijając kruchą równowagę. Zapewne nie bez racji. Z naszego punktu widzenia jednak nie jest to żadna pociecha, ponieważ przybliża nas to do nieobliczalnego w skutkach konfliktu. Brak alternatywy rewolucyjnej jest katastrofą dla świata.
Podsycanie nacjonalizmów, nieważne czy małego, czy dużego narodu, jest w tych warunkach zdradą nie tylko ideałów rewolucyjnych, ale i szaleństwem politycznym.
*
Rzut oka na programy partii i ugrupowań, które brały udział w wyborach parlamentarnych w 2015 roku, pozwala zaobserwować podział polityczny, na który analitycy bynajmniej nie zwracają naszej uwagi. Podział ten może jednak mieć rosnące znaczenie w przyszłości.
Zaczynając od zwycięskiej partii, nie sposób nie zauważyć, że PiS stawiał wówczas jako jeden z zasadniczych punktów swego programu reindustrializację kraju. Ustami Pawła Szałamacha głosił: „Etap wzrostu gospodarczego opartego na długu dobiega końca. Kraje, które nie przyjmą do wiadomości faktu, że źródłem bogactwa jest zdolność do wytwarzania złożonych dóbr, ugrzęzną w pułapce niskich pensji i nieproduktywnych usług. Polska potrzebuje dziś recepty na szybki i stały wzrost gospodarczy, prowadzący do tworzenia nowych miejsc pracy, realizowany przez wzrost konkurencyjności oraz dynamiczną przedsiębiorczość” (P. Szałamacha, "Rola produkcji i przemysłu - reindustrializacji", materiały konwencji programowej PiS, 3-5 lipca 2015 r.)
I dalej: „Uprzemysłowienie było i jest kluczem do rozwoju, choć przemysł ma różne znaczenie na różnych jego etapach. Co więcej, usługi – które dostarczają gros miejsc pracy – będą tym bardziej wartościowe im bardziej będą uzupełniać wytwarzanie dóbr. PiS oraz Zjednoczona Prawica uważają, że Polska, aby się rozwijać, musi pogłębiać współzależność przemysłu i usług. (…) Stawiamy na przemysł, ponieważ uważamy, że: • przemysł jest i jeszcze długo pozostanie podstawą eksportu i dźwignią nadwyżki handlowej; • przemysł daje podstawę wzrostu produktywności; • to firmy przemysłowe są fundamentem wydatków na B+R i środowiskiem innowacji. • Polska powinna odejść od modelu konkurowania za pomocą niskich kosztów płac, ponieważ zawsze znajdzie się kraj, w którym pracownicy będą akceptowali niższe płace. Musimy wykorzystać obecną przewagę w postaci płac w taki sposób, aby na niej zbudować przewagę konkurencyjną, czyli wytwarzanie innowacyjnych towarów wysokiej jakości” (tamże).
Nie był to, oczywiście, punkt jedyny, ani nawet wybity jako zasadniczy punkt programu PiS. Niemniej ważny jest sposób uzasadnienia dążenia do reindustrializacji, a mianowicie podkreślenie, że „źródłem bogactwa jest zdolność do wytwarzania złożonych dóbr”, w przeciwieństwie do „nieproduktywnych usług”.
W kontekście dalszego uzasadnienia tej oceny, można zinterpretować program PiS jako program zbudowania niezależności kraju gwarantowanego silnym przemysłem, bez którego przynależność do kapitalistycznego Centrum pozostaje zależna od kaprysu krajów hegemonicznych i od koniunktury ekonomicznej. W przeciwieństwie do tego, program PO oraz programy pozostałych partii określanych zbiorczą nazwą „lewicy”, skupiają się na podziale korzyści wynikających z niekwestionowanej przynależności do grupy państw tzw. Centrum.
Jak by nie patrzył, postawienie kwestii przez PiS to przyznanie racji Marksowi. Zasadniczym i autonomicznym źródłem bogactwa jest materialna zdolność wytwórcza. Prawica narodowa postrzega współczesny świat w kategoriach konfliktu i to bynajmniej nie wyłącznie konfliktu ideologicznego, ale przede wszystkim mającego charakter materialnego interesu narodowego. Ten konflikt nie wynika ze sprzeczności dwóch wrogich systemów ideologicznych, ale jest sprzecznością, antagonizmem wewnątrzkapitalistycznym.
Oczywiście, prawica nigdy nie stwierdzi tego w taki sposób. Jednak, jeśli przyjrzeć się programom czy wypowiedziom programowym ugrupowań i partii prawicowych, to widać wyraźnie, że – w odróżnieniu od „lewicy” w wyżej zaprezentowanej konstelacji – prawica dostrzega konflikt, ponieważ właśnie ma problem z antagonizmem klasowym. Tymczasem „lewica” problemu tego nie ma, ponieważ dawno już rozwiązała go w ramach antykomunistycznego rewizjonizmu.
*
Obchodzenie tego antagonizmu klasowego odbywa się u prawicy w sposób niezbyt oryginalny: w przypadku ugrupowania Kukiz ’15 czy Samoobrony, mamy oskarżenia pod adresem polityki neokolonialnej stosowanej wobec Polski. Dla stronników Kukiza diagnoza jest równie prosta, co prostacka: wszystkiemu winna jest klasa polityczna wraz z partyjną oligarchią, które niszczą kraj od 25 lat.
Partia obecnie rządząca nie demonstruje tak jawnie kwestii pozycji Polski w międzynarodowym kapitalistycznym podziale pracy, gdyż byłoby to posunięcie niedyplomatyczne. Niemniej, sens wypowiedzi programowych jest jasny – Polska musi szykować się do niewypowiedzianej wojny gospodarczej wszystkich przeciwko wszystkim. W tej wojnie stanowisko wobec Rosji odzwierciedla typową postawę w podobnej konfiguracji – utrzymywanie wrogości wobec Rosji służy łagodzeniu i kamuflowaniu sprzeczności interesów między rzekomymi partnerami, którzy tak naprawdę są związani siecią powiązań gangsterskich, a nie wzajemną sympatią i poszanowaniem.
W przeciwieństwie do prawicy narodowej, nowa „lewica” (centrum i prawica liberalna) przyjmują, że Europa może kontynuować swój bezkonfliktowy rozwój, który uważają za sprawę naturalną, co zostało udowodnione za pomocą obalenia „ideologii komunizmu” z jej aksjomatem konfliktu klasowego. Tę postawę w wyborach odzwierciedlają wypowiedzi programowe obracające się wokół postulatów, jak skonsumować wyniki gospodarki skazanej na sukces. W odróżnieniu od programu PiS, programy „lewicy” porażają brakiem refleksji, wiarą w faktyczny Fukuyamowski koniec historii, w którym problemy wynikają jedynie z braku wyobraźni i niedoskonałości moralnej polityków, a nie z obiektywnych uwarunkowań.
Politycy PO dają pokaz takiej wyobraźni, wyliczając, co tylko zrobią, jeśli tylko dorwą się do żłobu. Wydaje się, że jedynym ograniczeniem jest fantazja polityków. Nowoczesna czy Zjednoczona Lewica nie różnią się od PO pod tym względem. Jedyny antagonizm, to przeciwieństwo między obywatelami a politykami, którzy stoją między obywatelami a ideałem sprawnego państwa. Sprawnego, oczywiście, dla obywateli, w imię obywateli, na rzecz obywateli itd., itp. Jedyne lekarstwo, to kontrola obywateli nad państwem: „Rząd musi zyskać możliwość sprawniejszego rządzenia: przeprowadzimy głęboką reorganizację struktur centralnych, by móc sprawnie podejmować i wdrażać decyzje. Wprowadzimy też rozwiązania outsourcingowe i centralizację zakupów, by obniżyć koszty działania administracji” – obiecuje program Nowoczesnej (………….). Jednym słowem, jesteśmy wedle Nowoczesnej w pełnym społeczeństwie komunistycznym, gdzie rzecz idzie jedynie o doskonaleniu zarządzania rzeczami, a nie o rządzenie ludźmi. Pozostałe partie, od Razem do PO, kierują się identycznym widzeniem świata.
Różnica z PiS i pozostałymi partiami narodowej prawicy polega na przezwyciężeniu infantylizmu i umiejętności dostrzeżenia faktycznych problemów. Dla rzekomej „lewicy” wszystko sprowadza się do problemu technicznego, a bezkonfliktowość gwarantuje nasze uczestnictwo w strukturach rozwiniętego świata. Prawica narodowa postrzega natomiast świat w kategoriach walki między interesami poszczególnych „jednostek obrachunkowych”, czyli narodów. Dlatego jej stanowisko jest bardziej realistyczne, chociaż diagnoza konfliktu pozostaje błędna.
Jak wspomnieliśmy wyżej, schyłek PRL cechował się ewolucją biurokracji i jej aparatu ideologicznego w kierunku rozwiązań socjaldemokratycznych, czyli tych, które dziś odzwierciedlają się w stanowiskach partii centrowych. Zarówno biurokracja partyjno-państwowa, jak i „opozycja demokratyczna”, uznały bankructwo wyznawanej wcześniej ideologii. W przeciwieństwie do koncepcji narodowych, opcja socjaldemokratyczna negowała zasadnicze znaczenie konfliktu jako istotnego czynnika dynamiki społecznej. Charakterystyczne jest to, że ewolucja tzw. opozycji demokratycznej zachodziła stopniowo. Nie od razu odrzucono koncepcję konfliktu, niemniej przeniesiono tę koncepcję najpierw na teren narodowy, nawiązując do tradycji ruchu robotniczego pod zaborami i do szerszych tradycji narodowych. Kwestię robotniczą rozwiązano więc zgodnie z tradycją – poprzez zastąpienie jej brakiem suwerenności narodowej. W następnym kroku odrzucono konieczność konfliktu, przechodząc na pozycje solidaryzmu społecznego – ewolucja dawała alibi dawnym i świeżym kadrom biurokracji partyjno-państwowej i jej aparatu ideologicznego. Taki (narodowy) był nieuchronny kierunek ewolucji wszelkiej maści marksistów, którzy chcieli dotrzymać kroku współczesności. Paradoksalnie, część z nich, nie chcąc zrezygnować z poważnej refleksji nad sprzeczną rzeczywistością, znalazła przystań w prawicowej, antykomunistycznej narracji nacjonalistycznej, „komunizm” utożsamiając z biurokracją. Od radykalnej lewicy tendencja ta różniła się doszukiwaniem się biurokratyzmu już u zarania systemu radzieckiego, co było ustępstwem na rzecz prawicy. Warto jednak zauważyć, że radykalne odmiany marksizmu również ewoluowały w kierunku upraszczania sprzeczności klasowej do fazy solidaryzmu społecznego, przykrytego jedynie niechęcią do kapitału korporacyjnego, co niebezpiecznie zbliża się do sytuacji analogicznej do tej, jaka miała miejsce przed I wojną światową – co robić w obliczu faktów, które bez cienia wątpliwości dowodzą, że wielki kapitał jest jednak wewnętrznie skonfliktowany wedle podziałów narodowych? Odrzucając antagonizmy wewnątrz jednolitego w obliczu wyzysku pracy najemnej społeczeństwa, ruch robotniczy staje przed „prawdziwym” problemem, który był (rzekomo) maskowany podziałami klasowymi, a mianowicie przed problemem podziałów narodowych.
W obliczu takiego dylematu, nie ulega wątpliwości, że proporcja internacjonalistów do nacjonalistów w ruchu robotniczym nie będzie się dziś różniła od tej, jaka się ujawniła w przededniu I wojny światowej.
Do pewnego stopnia zdajemy sobie sprawę z tego, że postrzeganie sprzeczności wewnątrzkapitalistycznych jest również skutkiem działania, na progu transformacji, w łonie prawicy narodowej ewoluujących marksistów, odrzucających cyniczną i pozbawioną kręgosłupa ideowego biurokrację. Podobnie, jak lewica rewolucyjna jest traktowana jako wyrzutek na dzisiejszej lewicy, populistyczno-nacjonalistyczna prawica nie pasuje do nowoczesnego wizerunku prawicy liberalnej. Stąd ich taktyczny sojusz na nierównych zasadach. Stąd ich taktyczne sojusze i dziś.
Tę ostatnią kwestię dobrze ilustruje przykład ruchu JOW-ów. Zaangażowane w nim frakcje lewicy postbiurokratycznej tak pragmatycznie charakteryzują przyjętą i możliwą do przyjęcia przez ogół społeczeństwa wizję świata: „Przełom, czyli zawarcie i uwiarygodnienie nowej umowy społecznej, może się w tej sytuacji dokonać wyłącznie dzięki ponadpartyjnym i obywatelskim inicjatywom” (s. 605). W warunkach kryzysu kapitalizmu „koniecznym elementem nowej umowy dla Polski musi być pakt pomiędzy pracodawcami a pracownikami oraz między drobnymi przedsiębiorcami, korporacjami i pozostałymi podatnikami, z jednej strony, a państwem z drugiej” (s. 606). W przeciwnym wypadku grozi Polsce społeczny bunt.
„Jako społeczeństwo dysponujemy potężnymi zasobami kapitału społecznego i kulturowego…”, co daje podstawy do optymizmu, że może się udać.
„Idąc tą drogą dokończymy pokojową rewolucję wolnościową, którą rozpoczęliśmy ćwierć wieku temu. Obranie tego kierunku musimy traktować jako cel nadrzędny – polską rację stanu. (…) Konsekwentnie stosując odpowiednie narzędzia zmian, przeskok z biedy w zamożność, z biurokracji w normalność, z korupcji w praworządność stanie się wreszcie osiągalny. Nastał moment, w którym polscy pracownicy, polscy pracodawcy i polscy wyborcy – wszyscy bezpartyjni obywatele Polski – będą mogli przywrócić godność sobie i swojemu państwu” (s. 606).
Program zrozumiały dla populistycznej prawicy, jednak co może dziwić, to fakt, że pod tym programem podpisywali się rzekomi marksiści, usiłujący nadawać polskiej lewicy wzorzec z Sevres uprawiania marksizmu.
Podobnie jak PiS, reszta narodowej prawicy zdaje sobie sprawę z uwarunkowań współczesnego kapitalizmu i z miejsca w nim Polski: „Małe i średnie polskie firmy potrzebują szczególnego wsparcia, aby sprostać konkurencji z globalnymi zagranicznymi graczami, dlatego trzeba dbać o ich promocję i możliwości inwestycyjne oraz zapewnić im warunki dynamicznego rozwoju. Dodatkowo powinniśmy wspierać budowę Polskich Firm Globalnych, ich eksport i międzynarodową ekspansję” (s. 607).
Biorąc pod uwagę, że w tym kręgu znalazły formę przetrwalnikową niedobitki postbiurokratycznego aparatu ideologicznego, trudno nie zauważyć, że potwierdzają one naszą diagnozę odnośnie stanu świadomości marksistów porównywalna ze stanem poprzedzającym I wojnę. Świadomość globalnej rozgrywki gospodarczej jest tu wyraźna. Przewidywalne, zdecydowane i nacjonalistyczne postawy również.
Szeroko rozumiana lewica pod tym względem prezentuje wdzięk debila.
Postbiurokratyczny marksizm ex-aparatu partyjnego znajduje swoje usprawiedliwienie w lansowaniu koncepcji, iż biurokracja realnego socjalizmu nie stanowiła wrogiej reakcji na dążenia emancypacyjne klasy robotniczej, ale obiektywny i konieczny etap budowania wychodzenia z zacofania gospodarczego na obszarze Europy Wschodniej. Tak rozumiana koncepcja kapitalizmu państwowego stanowi pomost między pozornym marksizmem biurokracji a prawicowym, populistycznym nacjonalizmem. Ta obiektywistyczna, pozbawiona wstydliwych, antynaukowych, ideologicznych elementów koncepcja ma swoja podbudowę w teoretycznej pracy prof. J. Ładosza „Tezy o socjalizmie”, która została twórczo rozwinięta i praktycznie wcielona w życie przez jego uczniów.
Niezależnie od stosunku do biurokracji, od uznawania bądź nie jej sprawczej roli w dziejach ruchu robotniczego, całość nurtu postbiurokratycznego przyjmuje, że regionowi przyszło nadrabiać opóźnienia cywilizacyjne w tragicznych warunkach, posługując się mitem klasy robotniczej jako motywacją konieczną dla realizacji pragmatycznego celu, jakim była modernizacja kraju. Wypaczenia krajowego stalinizmu były spowodowane obiektywnymi warunkami, w których przyszło realizować tę misję. Wypaczenia były w tej sytuacji nieuchronne, zaś ideologia robotnicza odgrywała rolę przykrywki dla neutralizacji odczucia braku suwerenności narodowej w obliczu hegemonii ZSRR. Ideologia odgrywała więc rolę i negatywną, i pozytywną zarazem – na pewno jednak nie była czymś, co należało przyjmować na serio.
W odróżnieniu od tego punktu widzenia, stalinizm i biurokracja radziecka mają odmienny charakter. Są one związane więzią bardziej bezpośrednią z zaczynem całego problemu, a mianowicie z Rewolucją Październikową. W tym miejscu przebiega linia oddzielająca możliwość wpisania nurtu postbiurokratycznego w struktury polityczne współczesnego, burżuazyjnego państwa polskiego od koncepcji politycznej Lenina (ale i Róży Luksemburg), która zwracała się przeciwko pragmatyzacji teorii Marksa i wyrzucenia z niej koncepcji emancypacji klasy robotniczej w opozycji do pozostałej części społeczeństwa klasowego.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
21 lipca 2018 r.

WSZYSTKO O EWIE,
czyli co się zdarzyło w Stowarzyszeniu Marksistów Polskich?

Felieton z cyklu

JAJA JAK CZERWONE BERETY


„Starość nie jest dla mięczaków” – Bette Davis

Genesis

Do konferencji rocznicowej 100-lecia Rewolucji Październikowej przygotowywaliśmy się przez rok. Bez małostkowej zawiści oddajemy Sekretarzowi Generalnemu SMP sprawiedliwość, że to on wpadł na genialny pomysł, aby połączyć imprezę dotyczącą rocznicy śmierci prof. Jarosława Ładosza z uhonorowaniem setnej rocznicy wybuchu Rewolucji. Jak się później okazało, zamysł Genseka był zaiste nekrofilski – połączył bowiem rocznicę śmierci prof. Ładosza z ogłoszeniem urbi et orbi śmierci „Października”. Ale tego wówczas nie wiedzieliśmy.

Zamiast zdawkowej „akademii ku czci” zażądaliśmy debaty merytorycznej na tematy współczesne, zakorzenione w tradycji Rewolucji.



Przesadzilibyśmy twierdząc, iż idea konferencji spotkała się z entuzjazmem członków SMP. Zgodnie ze starym PRL-owskim obyczajem sejmowym („kto_za_kto_przeciw_kto_się_wstrzymał_nie_widzę_nie_słyszę…”), starzy towarzysze – po prywyczce – zareagowali właśnie tak: udali, że nie usłyszeli. W ich wieku, to nawet dość wiarygodne.

Zareagowała natomiast młodzież, niezbyt licznie reprezentowana w SMP przez dr Monikę, której chyba znudziło się czekać na oczywistą w posttransformacyjnej RP reakcję profesury i okołoprofesury, więc sama zgłosiła wątpliwość, czy planowane obchody wybuchu Rewolucji to nie jest jakiś niewczesny i niezbyt udany żart, i że należałoby z tym skończyć, bo to nikogo nie śmieszy. W końcu SMP i rewolucja, to chyba jakieś nieporozumienie.

I tu wchodzi na arenę dziejów… Stowarzyszenia wiceprzewodnicząca, Wszeteczna Ewa, która z niezaprzeczalnym poczuciem taktu oraz staromodnym wdziękiem, acz zdecydowanie, przeciwstawia się drobnomieszczańskim tendencjom reprezentowanym przez dr Monikę.

Czytelnik zapewne antycypuje wydarzenia, ostrząc sobie zęby w oczekiwaniu na serię błyskotliwych pojedynków na opinie w wykonaniu akademików wprawnych w posługiwaniu się słowem jak floretem, wdzięcznym historii za to, że pozwoliła im wejść w buty swego mistrza Karola, słynnego (i znienawidzonego) z ciętego pióra; ale nic z tych rzeczy. Starzy towarzysze ponownie udali, że nie widzą i nie słyszą wymiany poglądów zakończonych oburzonym oświadczeniem dr Moniki, że w towarzystwie zatwardziałych totalitarystów, nie ma dla niej miejsca. Klasyczne qui pro quo – dr Monika sądziła, że Stowarzyszenie Marksistów jest stowarzyszeniem marksistów tylko dla picu, bo przecież bycie marksistą to obciach. Co innego postmarksizm…

Wystąpienie z SMP zostało przyjęte przez Genseka bez komentarzy i przy braku jakichkolwiek wyrazów ubolewania ze strony pozostałych członków Zarządu Stowarzyszenia czy szeregowych członków. Przynajmniej oficjalnie. Dopiero na konferencji okazało się, że „towarzysze” mieli swoje zdanie, ale… chwilowo się z nim nie ujawniali. Czekali zapewne na nadarzającą się okazję.

Okołoprofesura nadal więc zachowywała „godne” milczenie, pilnie śledząc rozwój sytuacji i kalkulując bieżący stosunek sił.

Trawestując frazę „misia o bardzo małym rozumku”, chciałoby się powiedzieć, że im bliżej daty konferencji, tym mniej zgłoszeń referatów ze strony członków SMP, czy to na temat Rewolucji, czy to na temat spuścizny prof. Ładosza.

Psalmy Dawidowe

Po raz kolejny musimy oddać sprawiedliwość Gensekowi, że tylko jego niezachwiana wiara w słuszność idei konferencji nt. Rewolucji Październikowej sprawiła, że nie doszło do realizacji defetystycznej decyzji GSR o przejęciu przez Grupę organizacji konferencji – ze względu na wyraźny bojkot tego pomysłu ze strony reszty władz Stowarzyszenia, co grozi konfliktem rozsadzającym SMP.

Gensek uprzedził ogłoszenie decyzji GSR własnym anonsem, w którym potwierdził patronat Stowarzyszenia nad konferencją o Rewolucji Październikowej.

Nieoczekiwanie, milczący dotąd bohatersko i solidarnie Prezes Rumcajs skromnie zaproponował kompromisową zmianę formuły z Rewolucji na spotkanie dyskusyjne wokół jego książki pt. Socjalizm. Gensek w odpowiedzi pozwolił sobie jednoosobową decyzją (zamiast proponowanego przez Wszeteczną Ewę włączenia dyskusji nad książką Rumcajsa do programu konferencji) przełożyć zaproponowane spotkanie dyskusyjne na bliżej nieokreśloną przyszłość, w oczekiwaniu na bardziej godne okoliczności, np. Walne Zebranie Stowarzyszenia na wiosnę następnego roku. Czyli ad calendas greacas – biorąc pod uwagę fakt, że zebranie to nie odbyło się do dziś, a nawet nie jest zapowiadane na stronie SMP.

Kalendarium wydarzeń w SMP na 2018 rok przewiduje:

Maj 2018: Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy (1); urodziny K. Marksa (5); śmierć G. Plechanowa (30);
Czerwiec 2018: śmierć W. Wołczewa (1) i G. Lukácsa (4); urodziny W. Wołczewa (18); śmierć K. Zetkin (20);
Lipiec 2018: urodziny A. Labrioli (2); urodziny K. Zetkin (5);
Sierpień 2018: śmierć F. Engelsa (5); urodziny K. Liebknechta (13); śmierć L.D. Trockiego (21);
Wrzesień 2018: wydanie I tomu Kapitału (14);
Październik 2018: urodziny i śmierć J. Kurowickiego (11); urodziny J. Ładosza (20);
Listopad 2018: urodziny S. Żurawickiego (6); rocznica Rewolucji Październikowej (6); urodziny L.D. Trockiego (7); śmierć J. Ładosza (23); śmierć W. Mejbauma (24); urodziny F. Engelsa (28);
Grudzień 2018: urodziny G. Plechanowa (11).
(Jednym słowem, park sztywnych, czyli Stowarzyszenie Umarłych Marksistów…)
Źródło: www.smp.edu.pl

Starzy towarzysze, zahartowani niczym stal w bojach przeszłości, dali młodemu pokoleniu Czapajewowski przykład, jak torturę milczenia dzielnie wytrzymać aż do dnia rozpoczęcia konferencji, czyli 18 listopada 2017 r. Którą to datę Gensek SMP może sobie wpisać do swego biurokratycznego kalendarium pod hasłem „śmierć SMP”.

Co było dalej, widać na nieudostępnionym do dnia dzisiejszego, 8-godzinnym nagraniu z konferencji.

Wieczorem, już po konferencji, Gensek wraz z Wszeteczną Ewą załatwiali jeszcze sprawy organizacyjne w przyjacielskiej atmosferze. Niemniej, zgrzybiały Muchomorek, który na akademii ku czci Rewolucji Październikowej, w ramach nieszkodliwej, starczej sklerozy, gaworzył o tzw. niemieckich pieniądzach Lenina, i został zaatakowany za te poglądy przez (o, zgrozo!) szeregowego członka SMP, który uprzejmie przypomniał Muchomorkowi, że nie znajduje się na spotkaniu partii Kukiza jako działacz JOW-ów, zaprzysiągł zemstę.

Muchomorkowi dedykujemy film pt. „Zemsta”, z Johnnym Hallydayem w roli głównej, ku przestrodze, do czego prowadzi połączenie pragnienia zemsty z amnezją:  https://youtu.be/6jCGWRk23jI

Niedziela po konferencji Wszetecznej Ewie upłynęła spokojnie, ale była to typowa cisza na morzu, po której pierwszy odzywa się bałwan.

Księga Wyjścia


W poniedziałek odezwał się Gensek, w drodze do pracy pisząc elaborat o straszliwych zagrożeniach dla SMP w związku z dopiero co odbytą konferencją:

„Stowarzyszenie jest stowarzyszeniem, a nie partią polityczną. Jego cele to badania i popularyzacja osiągnięć marksizmu (oraz tworzenie tych osiągnięć), a nie walka o władzę, czy jednoczenie ludzi do walki o władzę. Stowarzyszenie jest programowo i statutowo apolityczne, co jednocześnie nie oznacza, że jest NIEPOLITYCZNE. Marksizm jest ze swej istoty polityczny, nie ciągnąc już Arystotelesa i jego twierdzeń, że wszystko, co społeczne jest polityczne...”

Nasuwające się, logiczne przypuszczenie, że Gensek piętnuje Muchomorka za podpinanie się pod partię prawicową, jawnie walczącą o władzę, nie odpowiada jednak prawdzie. Gensek rozwija swoje ekwilibrystyczne odwołania do Marksa i Arystotelesa po to, aby sprawę wyjaśnić w sposób nie pozostawiający wątpliwości:

„Jednak fakt, że SMP jest apolityczne pociąga za sobą uznanie pełnego pluralizmu politycznego członków SMP – na wspólnym mianowniku uznawania celów Stowarzyszenia. Pociąga także to, że wszystkie poszczególne poglądy są równoprawne i Stowarzyszenie nie propaguje poglądów określonej formacji politycznej:…”

Warto w tym miejscu przypomnieć sprawę dr Moniki, która wyraźnie domagała się, aby w ramach SMP represjonować poglądy nawiązujące do Rewolucji Październikowej. Wówczas jakoś władze SMP nie zdecydowały się na zacytowanie jej wyjątków ze statutu Stowarzyszenia. Tymczasem, podczas konferencji kolega Żwirek (przynależący do szajki Muchomorka) zarzucił Wszetecznej Ewie, że swoją nietaktowną polemiką zniechęciła do Stowarzyszenia młodą zwolenniczkę antytotalitarnej demokracji i szerokiego, najszerszego pluralizmu, która nawet nie podjęła merytorycznej polemiki, uważając kwestię „braku demokracji dla wrogów demokracji” za… oczywistą.

Podczas konferencji podjęta została brawurowa (wsparta wyraźnie przez 2 uczestników, w tym: 1 gościa spoza SMP i 1 sympatyka – nie członka – SMP) polemika z antykomunistycznymi poglądami lansowanymi przez szajkę Muchomorka.

Moderująca (z braku entuzjazmu do podjęcia się tej roli ze strony tak Genseka, jak i Rumcajsa) konferencję Wszeteczna Ewa usiłowała zachować neutralność w imię wyżej wypomnianych przez Genseka celów statutowych SMP, co zostało docenione przez wszystkich obecnych, za wyjątkiem Muchomorka, który infantylnie marudził, że SMP nie łyka jego antykomunistycznych poglądów z równym zachwytem, co działacze partii Kukiza. Dopiero podczas wynikłej dyskusji po konferencji, Wszeteczna Ewa pozwoliła sobie na zabranie głosu z pozycji szeregowego członka SMP, a nie z pozycji autorytetu władz Stowarzyszenia. Czyli – z pozycji własnych przekonań politycznych. Za co została przykładnie ukarana.

Jak więc nie odebrać jako jawnego naigrawania się nad zwolennikami rewolucyjnych idei Marksa poniższych enuncjacji Genseka Stowarzyszenia?

„Nie może więc w ramach SMP występować tendencja do piętnowania członków za ich prywatne (nie propagowane publicznie w ramach SMP i nie narzucane SMP jako przynależne samemu Stowarzyszeniu) poglądy i formy aktywności, jak również do piętnowania członków za ich niechęć do bieżących działań interwencyjnych o charakterze politycznym w ramach czy w imieniu SMP. Takowe działania są bowiem charakterystyczne dla partii politycznych.”

I znowu pełna obłuda: Muchomorek akurat propagował na forum SMP (podczas konferencji rocznicowej Rewolucji) prawicowe, przeniesione ze swojego ruchu JOW-ów, antykomunistyczne poglądy. Powracając do tematu uporczywie i w niezmienionej postaci, puszczając argumenty i niewygodne pytania mimo uszu, irytując się faktem, że nie wystarczy jego słowo honoru dla przyjęcia nieuzasadnionej tezy.

Problem w tym, że są to poglądy 99% członków władz SMP. Co więcej, w trakcie konferencji, jej główny organizator i propagator, Gensek SMP, ujawnił pełną wspólnotę ideową z Muchomorkową propagandą, podwyższając odsetek wyznawców antykomunizmu do 99,99%. Poglądy członków byłego aparatu PZPR, którzy „infiltrowali” prawicową partię za pośrednictwem ruchu JOW-ów, stworzonym z wyraźnym celem walki o władzę, są więc w dzisiejszym SMP chronione na mocy statutu, zaś w stosunku do zwolenników poglądów represjonowanych przez oficjalną, pisowską propagandę podejmuje się działania blokujące swobodę wypowiedzi.

„Tzw. likwidacjonizm a rebour zaprezentowała na konferencji - moim zdaniem [tj. Genseka – przyp. OD] - część członków Grupy Samorządności Robotniczej (której sam jednocześnie jestem [już nie – przyp. OD] członkiem), która miała jakoby pretensje, że SMP nie jest GSRem. Ano nie jest i nie będzie, podobnie jak nie będzie partią Socjaliści, SLD, Razem, Zmianą. W przeciwnym razie należałoby zlikwidować GSR uznając za stopiony z SMP, by nie mnożyć bytów ponad potrzebę. SMP jednocześnie – sprawa zrozumiała – może być i będzie z nieuchronnej konieczności areną rywalizacji określonych tendencji politycznych, o duszę i ciała jej członków... Niech jednak rywalizacją merytoryczną i teoretyczną - dla dobra celów samego Stowarzyszenia.”

„Likwidacjonizm a rebours”, czyli likwidacjonizm na odwyrtkę, czyli pełny konstruktywizm – wynikałoby ze słów Genseka. O co więc pretensja?

Sam Gensek pisze, że członkowie GSR mieli „jakoby” jakieś pretensje, czyli, mówiąc wprost – pretensji nie mieli, a tylko okazję do podjęcia polemiki, z czego bezczelnie skorzystał jeden z nich. Wszeteczna Ewa siedziała okrakiem na barykadzie, rozrywana między poczuciem obowiązku jako moderator dyskusji a poczuciem ideowej wspólnoty z pryncypiami GSR. Z której to sytuacji znalazła niekonwencjonalne wyjście – ciekawych odsyłamy do nagrania z konferencji.

Z powyższego widać wyraźnie, jak członkowie władz SMP wyobrażają sobie „rywalizację określonych tendencji politycznych”. Zaprezentowali to w pełnej krasie przed, podczas i po konferencji – co pokazaliśmy wyżej. A więc, bynajmniej nie jako otwartą polemikę, ale jako intryganckie gierki typowe dla ex-aparatu PZPR-owskiego, wyrażające się w niewychylaniu się, kiedy istnieje podejrzenie ryzyka, i preferowaniu metody linczu w sytuacji bezpiecznej przewagi zapewnionej przez wykorzystanie instrumentarium biurokratycznej władzy.

Pozostaje jałowe skądinąd pytanie, czyżby Gensek sugerował, że nieco – delikatnie mówiąc – sklerotyczne gawędziarstwo Muchomorka nosiło znamiona merytorycznej polemiki? Wzywany do ujawnienia źródła swoich rewelacji, Muchomorek zachował pełną kultury dyskrecję. Czyżby wstyd było, w SMP, powoływać się na autorytet „wybitnego polskiego historyka”, Ferdynanda Ossendowskiego, własnoręcznego twórcy „dowodów” w sprawie sprzedajności przywódców bolszewików, osobiście – Lenina?

Całkowicie słusznie do bredni na temat tzw. niemieckich pieniędzy odniósł się prof. Jacek Tittenbrun w korespondencji pokonferencyjnej. Prewencyjnie, jakby w przewidywaniu reakcji człowieka nie liczącego się z autorytetami (co wybija SMP w nekrologu prof. Tittenbruna), korzystając z okazji, od Genseka oberwało się i jemu:

„Nie może więc w ramach SMP występować tendencja do (…) piętnowania członków za ich niechęć do bieżących działań interwencyjnych o charakterze politycznym w ramach czy w imieniu SMP. Takowe działania są bowiem charakterystyczne dla partii politycznych.”

Gensek pije tu do nawoływań prof. J. Tittenbruna do aktywnego poparcia przez SMP Berniego Sandersa czy Jeremy’ego Corbyna.

Niech więc Gensek ujawni taśmy prawdy, abyśmy mogli się wreszcie skąpać we wstydzie. Niech zamazuje twarze i zniekształca głosy. Dodajmy, że konferencja rocznicowa SMP jest jedyną w kraju i na świecie (no, może poza Państwem Islamskim), podczas której uczestnicy domagali się zachowania anonimowości. Kompani Muchomorka (szczególnie Żwirek) byli zapraszani na inne konferencje z Rewolucją Październikową w tytule i jakoś nie przychodziło im do głowy, aby się konspirować. Swobodnie mogli szkalować Rewolucję i bolszewików oraz głosić swoje antykomunistyczne brednie, przy pełnym poklasku ze strony zgromadzonej prawicy i tzw. radykalnej lewicy.

Konferencja SMP była w tej sytuacji jedyna i niepowtarzalna w kraju nad Wisłą. Skutków politycznych tego faktu słusznie obawiają się władze SMP.

Zgodnie z wykładnią Genseka, członkowie SMP nie powinni przenosić politycznych poglądów partyjnych na forum SMP. Jak jednak odróżnić prywatne poglądy członka SMP od jego poglądów partyjnych? Schizofrenia kliniczna jako warunek wstępu do SMP? Sam Gensek pisze, że to niemożliwe. Dla nas, „totalitarystów”, ten wymóg to czysta hipokryzja. Niech przenoszą, choćby i antykomunizm. Wszeteczna Ewa nie sugerowała dr Monice wystąpienia z SMP, tylko podjęcie wymiany argumentów. Przeciwnicy polityczni mogą zawsze liczyć na adekwatną polemikę. Jak wynika ze słów samego Genseka, SMP gwarantuje możliwość rywalizacji poglądów politycznych. Wychodzi jednak na to, że gwarancja jest jedynie na papierze, bo w praktyce zaczyna się spór o… „kulturę wypowiedzi” jako zamiennik dla argumentacji merytorycznej.

Nie ma potrzeby przekonywać, że niełatwo prowadzić polemikę w sytuacji, kiedy nawykli do biurokratycznych, PRL-owskich obyczajów, biurokraci z SMP zamiast polemiki merytorycznej preferują metodę zastraszania z pozycji dętego autorytetu, najlepiej naukowego, oraz kryterium powszechności danego poglądu (w warunkach cofnięcia świadomości społecznej) jako kryterium prawdy naukowej. Historia jednej konferencji w ramach SMP idealnie ilustruje ten problem.

Hańbą dla SMP jest nie podejmowanie polemiki merytorycznej, ale chwytanie się biurokratycznych narzędzi tłumienia wolności głoszenia poglądów w ramach Stowarzyszenia. Pozamerytoryczne metody walki, żywcem przeniesione z najgorszych czasów stalinowskich, które wydawały się obumarłe na ledwie dychającej lewicy, znalazły sobie przytulne gniazdko w Stowarzyszeniu Marksistów Polskich, ostatecznie kompromitując jego władze.

Nic dziwnego, że „starzy towarzysze” – w ramach otwartości intelektualnej – z uporem godnym lepszej sprawy odmawiają dyskusji nt. biurokratyzmu i jego metod, konsekwentnie negując w ogóle istnienie tego problemu.

Jak w tej sytuacji rozliczyć się z własną przeszłością?

Omega Doom
3 maja 2018 r.

Autor: Włodek Bratkowski


WYKRĘTASY 


Marks-Karol1jpg

W 200. rocznicę urodzin Karola Marksa z reguły eksponuje się mocne, ogólne, humanistyczne przesłanie teorii Marksowskiej, za słabą uznając konkrety - przede wszystkim teorię wartości opartą na pracy i wyróżnioną rolę klasy robotniczej.

W epoce poprzemysłowej, postindustrializmie i postkapitalizmie wydają się one, delikatnie mówiąc, nieaktualne.

W odpowiedzi na frontalny atak marksistowska profesura i lewica najczęściej stosuje wykrętasy - z podmianą desygnatów włącznie. Od czego rozdęte pojęcie proletariat, obejmujące wszystkich pracowników najemnych z niezatrudnionymi włącznie, utożsamianymi z rezerwową armią pracy? Współcześnie przemysłowej klasie robotniczej przypada, co najwyżej, miejsce w szeregu. Aby zamknąć sprawę szereg ten nazwano klasą pracującą lub pracowniczą - klasę robotniczą eliminując z szerszego obiegu.

Prześladowcy Marksa zwieść się nie dali: "Противники Маркса подчеркивают, что в своем анализе он не смог предвосхитить новую тенденцию экономического развития общества — переход в постиндустриальную стадию — и предвидел будущее неверно. Сосредоточившись на промышленном пролетариате, мыслитель упускал из виду главное.

'Одна из главных неудач Маркса — то, что он связывал все свои ожидания с фабрично-заводскими рабочими. И не мог представить себе, что революция произойдет вовсе не там, где их было большинство' (...)" (za: РИА Новости https://ria.ru/world/20180505/1519930313.html)

Według nich: "Немецкий мыслитель смог посмотреть на общество глазами бедных, однако сфокусировал свое внимание только на одной их страте — фабричных рабочих. Другие социальные группы, в том числе не самые привилегированные, не пользовались его доверием." (tamże)

TAK TEŻ NAM ZOSTAŁO. TO NASZ SPADEK PO MARKSIE. W GRUNCIE RZECZY WY  JUŻ SIĘ GO ZRZEKLIŚCIE.

Włodek Bratkowski
5 maja 2018 r.

Aneks - tłumaczenie dla osób nie władających rosyjskim:
Przeciwnicy Marksa podkreślają, że w swojej analizie nie mógł on przewidzieć nowej tendencji rozwoju gospodarczego społeczeństwa - przejścia do fazy postindustrialnej - i przyszłość przewidział nieprawidłowo. Koncentrując uwagę na proletariacie przemysłowym, myśliciel stracił z pola widzenia to, co najważniejsze.
Jednym z głównych niepowodzeń Marksa - to to, że związał on swoje nadzieje z robotnikami fabrycznymi. I nie mógł sobie wyobrazić, że rewolucja wybuchnie nie tam, gdzie stanowili oni większość.
Niemiecki myśliciel mógł spojrzeć na społeczeństwo oczami biednych, ale 
skupił swoje zainteresowanie jednak tylko na jednej ich warstwie - na robotnikach przemysłowych. Inne grupy społeczne, w tym i te nie należące do najbardziej uprzywilejowanych, nie cieszyły się jego zaufaniem.
 
 
OD WIELKIEGO DZWONU
 
Według badań socjologiczno-sondażowych przeprowadzonych z okazji 200. rocznicy urodzin "mędrca z Trewiru", 98 proc. Rosjan powyżej 18. roku życia obiło się o uszy imię Karola Marksa.

W przypadku 30 proc. głów - nie przebiło się do nich "nic ponadto". 82 proc. nie zna żadnych jego idei.

Również nasze społeczeństwo, po upadku ZSRR i PRL, nawet od święta nie styka się z koncepcją Marksa. Skutek znamy.

Czyżby efektem donośnego dzwonu, zwłaszcza wielkiego, była powszechna głuchota?

Włodek Bratkowski
6 maja 2018 r.

Карл Маркс, которого мы не узнали. Репортаж к 200-летию Карлу Марксу исполняется 200 лет. И за это время… 
 
 
MAJÓWKA Z KIEŁBASĄ WYBORCZĄ

Zgodnie z logiką wyborczą Piotra Ikonowicza pierwszomajowy pochód sprowadzić można do przemówień, prezentacji wyborczego expose i zakupu 250 flag Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, które w końcu udało się zagospodarować. Trafiona inwestycja!

Ten sukces pomnóżcie przez 2. Drugie tyle w założeniu daje liczbę równoważącą konkurencję. Reszta to okolicznościowe dodatki.

Rzecz w tym, że i na 500 - brak faktury i pokrycia. Od lat w oczy rzuca się marazm.

Według sympatyka RSS, Piotra Ciszewskiego, w tegorocznym pierwszomajowym przemarszu Ruchu uczestniczyło 400 osób. Naczelny Strajku.eu Maciej Wiśniowski obstaje przy trzystu. OPZZ wraz z SLD pod swoimi sztandarami zgromadziły dwa razy tyle.

Przed siedzibą OPZZ 1 Maja wydano około tysiąca porcji kiełbasy wyborczej i białego barszczu. Osobiście załapałem się na podwójną. Ilu poszło moim śladem? Kiełbasę wyborczą serwowano tu otwarcie od startu do wyczerpania. Nie powiem, że do skutku. Kiełbasa na głosy wprost się nie przekłada.

Piotr zamknął nią swoją majówkę nad Wisłą, zgodnie z tradycją Ruchu

Kolejny raz ominął mnie prezent dla wytrwałych, z piwkiem włącznie i niekończące się debaty. Lewica w okolicznych ogródkach piwnych miała już w czubie.

Swojska atmosfera przeniosła się na Dzień Flagi. 2 maja kiełbasę w wyborczej sztafecie serwował Patryk Jaki. Na obu imprezach trendi byłby odziany w czerwoną marynarkę Antoś Szprycha.

W wyborach od lat nie biorę udziału. Co do meritum słusznych i jakże krytycznych okolicznościowych przemówień nie mam uwag - przyjmijmy, że nagłośnienie szwankowało.

Włodek Bratkowski
6 maja 2018 r.

ANTOŚ SZPRYCHA - WYBORCZA KIEŁBASA

RWĄCY POTOK HISTORII

(na marginesie dyskusji między poststalinowcem Michaiłem Popowem a posttrockistą Sergiejem Bijcem)

Nawet gdybyśmy mieli pokusę uważać inaczej, to temat powolnego, acz stanowczego powrotu podmiotu historycznej zmiany na lewicową wokandę, nie jest w pełni naszą zasługą. Wydaje się, że setna rocznica wybuchu pierwszej udanej rewolucji socjalistycznej stanowi zdecydowany bodziec dla poszukiwania przyczyn tak dogłębnego kryzysu nie tylko międzynarodowego ruchu robotniczego, ale i lewicowej świadomości w ogóle.

Gdyby chodziło tylko o ruch robotniczy, to sprawa nie byłaby tak drażliwa dla lewicy. Ewolucja lewicy, na Wschodzie i na Zachodzie, od drugiej połowy XX wieku, szła bowiem w kierunku akceptacji kapitalizmu, rozumianego jako postkapitalizm z nieodłącznym przydatkiem w postaci „państwa dobrobytu”, oraz w kierunku odrzucenia podmiotowej roli tradycyjnie rozumianej klasy robotniczej w walce emancypacyjnej. Współcześnie, jako antykapitalizm rozumie lewica odrzucanie „dzikiego”, XIX-wiecznego kapitalizmu na rzecz kapitalistycznego welfare state, które rzekomo ma stanowić ewolucyjne przezwyciężenie społeczeństwa burżuazyjnego.

Odrzucanie złych stron danego systemu z akceptacją jego stron „pozytywnych”, jest – jak zauważył K. Marks – cechą myślenia drobnomieszczańskiego. Nic dziwnego zatem, że również podmiot historyczny uległ w ideologii stosownemu przemieszczeniu w kierunku drobnomieszczaństwa.
Postmarksistowskie koncepcje traktowania społeczeństwa kapitalistycznego jako zbioru osobnych cech i właściwości, które można traktować w oderwaniu od ich kontekstu i hodować jak pożyteczną roślinkę bądź usuwać jak chwast, zaowocowały wysypem różnorakich grup mniejszościowych, które zaczęły postulować konsekwentne stosowanie ogólnych zasad społeczeństwa demokratycznego do każdego, partykularnego przypadku. W sposób oczywisty spowodowało to konflikt i zderzenie fragmentarycznych interesów na zasadzie „klauzuli najwyższego uprzywilejowania”, a mianowicie uznania, że wszelkie prawa należne jednej, uprzywilejowanej grupie powinny zostać upowszechnione konsekwentnie na pozostałe, objęte postulowaną klauzulą, grupy społeczne.

W ten sposób, zamiast tradycyjnie lewicowego sprzeciwu wobec zakłamania mieszczańskiej rodziny, zaczęto postulować rozszerzenie prawa do zakładania mieszczańskiej rodziny dla każdego, kto zgłosi taką potrzebę. W paradoksalny sposób, lewicowa, postmarksistowska postawa stanowi podstawę teoretyczną dla konserwatywnego przekonania wyrażonego w politycznej formie polemicznej przez Margaret Thatcher, że nie istnieje coś takiego, jak społeczeństwo. Fakt, że zasady rządzące społeczeństwem są wytworem relacji społecznych, kształtowanych na przestrzeni długich stuleci, nie będąc potwierdzonymi żadnym wyższym autorytetem (brak takiego autorytetu), skutkuje nihilistyczną postawą społeczną. Wyjścia z takiej sytuacji są dwa: albo odrzucenie wszelkich zasad spajających społeczeństwo, albo konieczność przyjęcia ponadludzkiego autorytetu moralnego, żeby zagwarantować podstawowe wartości, bez których funkcjonowanie społeczeństwa staje się niemożliwe.

Odrzucone zostało trzecie wyjście, właściwe marksizmowi w jego klasycznej postaci, a mianowicie głoszące, że oparte na racjonalnej, materialistycznej analizie zrozumienie mechanizmów społecznych nie oznacza równie mechanicznego projektowania zachowań społecznych w przyszłości. Czyli manipulacji czy inżynierii społecznej. Racjonalne zrozumienie przeszłości jest możliwe, ponieważ w toku dziejów zamykają się pewne otwarte wcześniej możliwości rozwoju sytuacji. A po tych „śladach” – wytłumaczalnych, acz nie zdeterminowanych wcześniej wyborach – można odtworzyć działające prawidłowości i zastosować je w racjonalnym planowaniu przyszłych działań. Im bardziej ogólne prawidłowości, tym większa szansa powodzenia, ale też i tym większy rozrzut konkretnych wyników.

W poszatkowanym rozumowaniu epoki postnowoczesnej, kiedy fragmenty rzeczywistości wydają się oderwane od siebie, nie jest możliwe przewidywanie skutków ogólnoludzkich podejmowanych działań. Zakłada się bowiem, że rzeczywistość, której nie rozumiemy i nie ogarniamy (niczym idei Boga), jest nieskończenie pojemna i neutralizuje skutki partykularnych, najbardziej nieodpowiedzialnych działań. To takie przeniesienie zasady wolnorynkowej na stosunki społeczne: niewidzialna ręka rynku jest, niczym Bóg, gwarantem, że wszystko się wyrównuje, choćby i dotkliwym kosztem mniej lub bardziej przypadkowych bytów.

Cywilizacja zachodnia nie jest w stanie zrezygnować z takiego postrzegania świata, ponieważ jest to najkrótsza, ale i najbardziej dosadna definicja wolności, jak ją ta cywilizacja rozumie. To jest możliwość realizacji w świecie rzeczywistym wszystkich pojawiających się potencjalności. Niekoniecznie idzie to w parze z „rozpasaniem” jednostek, jak to moralnie, acz niesprawiedliwie, osądza Kościół.

Realizacja potencjalności dokonuje się poprzez doświadczenia mnogich jednostek – każda realizuje swoją. Razem świat jest różnobarwny i wolny, ale właśnie świat jako całość, a nie – paradoksalnie – jednostki. Każda z nich jest jednocześnie tym bardziej zdeterminowana w swoim ograniczającym wyborze, im więcej możliwości wyboru pozostaje na zewnątrz niej. Chcieć ogarnąć w jednej jednostce wszystkie (lub przynajmniej większość dostępnych potencjalności) skutkuje brakiem konsekwentnej realizacji żadnej z nich, a więc stałym poczuciem niespełnienia i braku szczęścia. Jednostka nie stawia oporu przeciwnościom rzeczywistym, co napawałoby ją zasłużoną dumą, ale sprzecznościom istniejącym we własnej głowie. Co sprawia, że jej walka (samej ze sobą) jest z góry skazana na niepowodzenie ze względu na wyrównane siły biorące udział w konflikcie.

Sprawa jest zajmująca sama w sobie, więc jej analiza może zająć całe pracowite życie badacza akademickiego. Co stało się zresztą samonapędzającą się treścią badań postmarksistowskich.

*

Tymczasem, upadek obozu socjalizmu realnego przyniósł także nieoczekiwaną, acz spektakularną degrengoladę mitu „państwa opiekuńczego” jako normalnej drogi rozwoju kapitalistycznych stosunków produkcji, oczywiście – z pewnymi, nieuchronnymi, opóźnieniami dla różnych części świata. Był to efekt uboczny tzw. upadku „komunizmu”, ale nie mniej bolesny. Trudno więc się dziwić, że wątpliwości co do dotychczas uznawanych za pewniki rozwiązań teoretycznych nawarstwiły się prowadząc do konieczności porównania przyczyn sukcesów ruchu robotniczego w I połowie XX wieku z wyraźnym wbudowaniem tzw. nowych ruchów społecznych w system i wynikającym stąd brakiem alternatywy pod koniec XX wieku.

Podział teoretyczny, który odrodził kwestię podmiotu rewolucji, wynikał z podziału lewicy na tych, którzy uważali niesławny koniec eksperymentu socjalistycznego za cios dla ruchu, i tych, którzy upatrywali w tym wydarzeniu możliwości rozwinięcia skrzydeł przez lewicę uwolnioną wreszcie od bagażu stalinizmu i związanego z nim odium.

Nie wystarczy dowieść (jak czyni to M. Popow) zasadności stosowania wąskiego rozumienia proletariatu praktycznymi cechami, które predestynują tę grupę społeczną do odegrania aktywnej roli w procesie rewolucyjnym, chociaż ta kwestia ma istotnie pierwszorzędne znaczenie. Zalążki organizacyjne nowego społeczeństwa tworzą się wokół takich właśnie ciał, jak rady robotnicze czy komitety fabryczne. Ale rzecz nie tylko w zdolności organizacyjnej robotników przemysłu, których miejsce pracy już samo z siebie narzuca im kolektywność działania i samodyscyplinę.

Rzecz w tym, że produkcja przemysłowa, która zastąpiła uprawę roli w dziele przetwarzania przyrody, jest podstawą nowego społeczeństwa, jednocześnie stanowiąc problem do rozwiązania przez owo społeczeństwo.

Dla Marksa problem ten sprowadzał się do tego, że członkowie społeczeństwa muszą dzielić swój czas między działalność przynoszącą im dobra służące ich fizycznemu przeżyciu a działalność służącą rozwojowi ich wyższych umiejętności. Klasowy antagonizm polega na tym, że tę praktyczną niedogodność klasy panujące rozwiązały w ten sposób, że ten pierwszy typ działalności przerzuciły na klasę bezpośrednio produkcyjną, zawłaszczając produkt dodatkowy, stwarzając tym samym możliwość rozwijania się grup ludności wykonujących prace polegające na obsługiwaniu klasy panującej zarówno w sensie usługiwania w życiu codziennym (służba domowa), jak i w sensie świadczenia usług zaspokajających wyższe potrzeby duchowe klas panujących.

Tak więc, społeczeństwo klasowe nie składa się wyłącznie z klasy wyzyskującej i klasy wyzyskiwanej, ale także i z grup pośrednich, które nie posiadając materialnych środków produkcji są jednak w stanie sprzedawać nabywcy wytwory swojego talentu czy umiejętności. Są to, w odróżnieniu od sprzedaży prostej siły roboczej, łatwo zastępowalnej i przez to sprowadzonej do urągającego godności człowieka poziomu bytowania, umiejętności rzadkie i wyżej cenione. Inną grupą są rzemieślnicy, którzy posiadają własność środków produkcji, ale także są uzależnieni od nabywcy. W procesie tworzenia się społeczeństwa burżuazyjnego, wszystkie grupy społeczne, poza kapitalistami, są zmuszone wystawiać swoje „aktywa” na rynku. Ale pozycja owych grup jest niemniej zróżnicowana.

Marks zauważył, że tylko w społeczeństwie człowiek (jednostka) może nic nie robić, aby przeżyć. W tym znaczeniu „nic” oznacza: nic dla fizycznego przetrwania.

Ideałem komunistycznym jest minimalizacja czasu poświęcanego na produkcję materialnych dóbr niezbędnych do przetrwania i maksymalizacja czasu, który można przeznaczyć na uprawianie działalności przynoszącej satysfakcję i rozwijającą osobowość.

Współczesne koncepcje lewicowe, przeinterpretowujące marksizm, wciskają działalność rozwijającą osobowość w kanon pracy najemnej, podlegającej wyzyskowi, zrównując ją z pracą fizyczną robotnika przemysłowego. Co tu brzmi fałszywie? Przecież faktycznie mamy do czynienia z wyzyskiem pracy twórczej (kreatywnej) przez kapitalistę (kapitalistyczne państwo), które czerpie wartość dodatkową z owej pracy kreatywnej.

Jeżeli za wzorzec wyzysku przyjmiemy wyzysk pracy kreatywnej, a nie wyzysk pracy fizycznej, to przyjmiemy równie niewolniczo za ideologią burżuazyjną, że wyzysk jest niezbędnym elementem życia w społeczeństwie i znieść go możemy jedynie pod warunkiem upowszechnienia biedy. I to jest faktem na naszych oczach, taką ideologię przyjmuje dziś tzw. nowa radykalna lewica.

Kapitalizm dąży do podporządkowania wszystkich relacji społecznych sobie właściwym relacjom osiągania zysku. Nie omija to tych pozycji społecznych, które do kapitalizmu nie służyły przynoszeniu wartości dodatkowej – jak praca na roli – ale utrzymywane były z wtórnego podziału owej wartości dodatkowej przez dysponentów siłą roboczą chłopa: dwory, kościoły itp. właściciele feudalni.

Wraz ze skokiem poziomu sił wytwórczych i wydajności pracy, wielkość pozostającej w dyspozycji wartości dodatkowej (ponad wartość niezbędną dla utrzymania bezpośredniego producenta) wzrosła w sposób niesłychany. Można było zwiększyć liczebność grup społecznych utrzymujących się z wtórnego podziału wartości dodatkowej. Kapitaliści działający w sferze cyrkulacji rywalizują ze sobą o dostęp do wartości dodatkowej wytworzonej w sferze produkcji materialnej. W kapitalizmie zmieniła się forma otrzymywania przez pracowników kreatywnych swojej „doli” – ich pozycja socjalna upodobniła się zewnętrznie do pozycji robotnika, ale nie stała się z nią tożsama. Społecznie – nie ma różnicy, ale społeczeństwo nie jest naturalną formą przyrodniczą. Zewnętrzne formy relacji społecznych są płynne, ale istota pozostaje taka sama. Marks pisał, że feudalne stosunki nie zakrywały istoty brutalnego, fizycznego wyzysku, podczas gdy kapitalizm stał się z tej perspektywy nieprzejrzysty. Niemniej postrzeganie wyzysku feudalnego pomaga nam w zrozumieniu ukrytej sprytnie istoty wyzysku kapitalistycznego. Tak samo nie zmieniła się istota tych pozycji społecznych, które wcześniej były dotowane z kasy klasy wyzyskującej w zamian za swoje usługi (talent artystyczny, znajomość medycyny czy usługi typu służba domowa). W kapitalizmie, grupy te również świadczą swoje usługi otrzymując za nie wynagrodzenie. Z punktu widzenia teorii jednak sfera nieprodukcyjna, w której działają, nie przynosi materialnej wartości dodatkowej, związanej z produkcją materialną. W sensie społecznym jednak, jako że wartość jest stosunkiem społecznym, są oni wytwórcami wartości dodatkowej w sferze gospodarki „wirtualnej”. Tutaj rachuba w kategoriach wartości (bardziej cen) służy innemu sposobowi podziału wartości dodatkowej, wypracowanej w sferze produkcji materialnej, będącej i pozostającej fundamentem, na którym społeczeństwo może zwiększać ilość środków przeznaczonych na utrzymanie grup nie pracujących produkcyjnie, pozostających poza sferą pracy niezbędnej.

Kapitalizm uniformizuje przejawy aktywności ekonomicznej w miarę, jak opanowuje coraz śmielej mechanizm społeczny. Niemniej, nie jest w stanie zuniformizować wszystkiego, a przede wszystkim ukrytej istoty relacji między poszczególnymi grupami i klasami społecznymi. Podobnie jak w feudalizmie, mimo opanowywania życia społecznego przez feudałów, nie doszło do sprowadzenia wszystkich pozostałych grup społecznych do szeregów chłopstwa, tak i w kapitalizmie nie jest tak, że wszyscy członkowie społeczeństwa stają się jedną klasą robotniczą.

Właśnie wzrost poziomu rozwoju sił wytwórczych zastosowanych do przekształcania zasobów przyrody, które są niezbędne do fizycznego zapewnienia przetrwania ludności, pozwala na utrzymanie grup społecznych, niezwiązanych z produkcją materialną. Jest to kwestia zupełnie niezależna od pojęcia wyzysku. Wszak służba domowa była chyba najbardziej wyzyskiwaną częścią społeczeństwa, co nie znaczy, że sposób rozwiązania problemu służby domowej wyznacza linię budownictwa socjalizmu czy jak byśmy nie nazwali społeczeństwa dążącego do z niesienia antagonizmu klasowego. Nie zniesienie krzyczącej krzywdy wyzysku służby domowej może nam dać wyobrażenie o mechanizmie zniesienia ekonomicznej podstawy powielania się relacji klasowych i relacji wyzysku. To na sposobie zawłaszczania produktu wymiany między społecznością a przyrodą tworzy się powolnie, ale konsekwentnie, mechanizm trwałej (utrwalonej) sprzeczności klasowej. Pozbawienie bezpośredniego producenta własności środków produkcji rodzi poszukiwanie sposobów zarobienia na życie przez ludzi, którzy utracili kontakt z produkcją owych środków do życia. Antagonizm między chłopem a panem feudalnym czy między robotnikiem a kapitalistą polega na sprzeczności co do sposobu wykorzystania zastosowanych środków produkcji i ich efektów. Dlatego bezpośredniemu użytkownikowi owych środków produkcji zależy na odzyskaniu tytułu własności do nich. Jednocześnie, jest to odzyskanie środków pracy, których własność decyduje o podziale efektów ich zastosowania.

Jeżeli zwolennicy szerokiego rozumienia pojęcia „proletariat” jako nieomal synonimu klasy robotniczej czy raczej pracowniczej (oba pojęcia w ich rozumieniu różnią się tylko powierzchowną cechą inności wytwarzanego produktu, ale nie mechanizmem społecznym) twierdzą, że całemu proletariatowi zależy na uspołecznieniu własności środków produkcji, to z konieczności powinni odnosić się do różnorodności owych środków produkcji. W jaki sposób przedstawiciel, np. wolnego zawodu ma postulować uspołecznienie własności swojego środka produkcji?

Nietrudno zgadnąć, że pozostała część „proletariatu”, która nie zalicza się do klasy robotniczej, rozumie pod pojęciem uspołecznienia środków produkcji właśnie uspołecznienie środków produkcji materialnej. Nietrudno też zauważyć, że takie uspołecznienie – z punktu widzenia robotnika przemysłowego – równa się zmianie właściciela środków produkcji, podczas, gdy on sam pozostaje tym samym robotnikiem, jakim był wcześniej. „Uspołecznienie” środków produkcji staje się zmianą jednego sposobu wyzysku na drugi. Co było widoczne przy okazji realnego socjalizmu. Pomijamy tu kwestię terminologiczną, czyli rozróżnienie między upaństwowieniem a uspołecznieniem, albowiem gdy pod pojęciem uspołecznienia nie rozumie się realizacji zasady dyktatury proletariatu, to rozróżnienie to ma charakter ledwie semantyczny.

Nie jest więc prawdą, iż w obiektywnym interesie pozostałych członków „proletariatu” leży uspołecznienie całości „środków produkcji”, włącznie z ich mózgami kryjącymi ich zdolności i umiejętności. To by było obalenie pierwszego mitu.

Samo pojęcie proletariatu jest wysoce nieprecyzyjne. Faktycznie obejmuje ono wszystkich członków społeczeństwa, którzy ulegli pauperyzacji. Nie ma tu znaczenia, czy są to robotnicy, czy przedstawiciele „kognitariatu”, którym zabrakło talentu lub szczęścia, czy pozbawiona szczególnych kwalifikacji służba domowa.

Jeżeli przyjąć racjonalnie, że pauprzy głównie łakną podstawowych dóbr, do których dostęp mają jedynie poprzez sprzedaż swoich umiejętności warstwom zamożniejszym społeczeństwa, to nie można twierdzić, że w ich bezpośrednim interesie leży odebranie ewentualnym nabywcom ich umiejętności możliwości czerpania zasobów z wyzysku bezpośrednich producentów. Złapanie bogatego nabywcy leży w interesie paupra. Dopiero zrozumienie, że bezpośredni, wyzyskiwany producent nie da się w ramach walki klasowej wykorzystywać, może ich prowadzić do zaakceptowania idei uspołecznienia własności środków produkcji. Ale to musi być dopiero ustosunkowanie się do programu odzyskania własności środków produkcji wyłożonego przez partię klasy robotniczej, która instynkt robotniczy przekłada na akcję polityczną.

Oczywiście, im bliżej pauper znajduje się klasy robotniczej, tym lepiej rozumie punkt widzenia robotnika. Im bardziej szanse zawodowe i życiowe są związane z szeroko rozumianą obsługą klasy panującej, tym mniej poczucia solidarności z robotnikiem.

Inna kwestia – w odróżnieniu od pracy produkcyjnej, zajęcia związane z twórczością, kreatywnością, nie są pracą w tym samym sensie, czyli przymus poświęcenia jakiejś części swego życia na wykonanie prac niezbędnych, ale nierozwijających osoby ludzkiej. Twórczość jest uważana za sens czasu wolnego od pracy niezbędnej. Społeczeństwo bezklasowe nie będzie traktowało twórczości jako tytułu do osiągania korzyści materialnych. Czy leży to w obiektywnym interesie „kognitariatu”? Szczególnie, jeśli pracodawcą nie jest poszczególny kapitalista (jak w przypadku pogardzanej służby domowej), ale państwo, którego administracja jest podatna na wrażenie, jakie robią na niej twórcy, celebryci czy utalentowani artyści lub naukowcy itd., itp.

Społeczeństwo, w którym miałoby nastąpić upowszechnienie zjawiska twórczości, nie leży więc w bezpośrednim interesie nosicieli tej cechy. Mogą się oni pogodzić z innym mechanizmem społecznym dopiero jeśli okaże się, że nie mają większego wyboru. Nie jest pewne, czy docenią oni to, iż takie rozwiązanie leży w ich interesie OBIEKTYWNYM.

Ogólnie rzecz biorąc, program marksistowski nie polega na rozwiązywaniu rozlicznych i różnorodnych, złożonych problemów społecznych, odzwierciedlających niejednoznaczność interesów różnych grup społecznych, choćby się wydawało, że łączy je wspólnota podlegania wyzyskowi w ramach systemu kapitalistycznego.

O ile pozycja robotników w strukturze wytwarzania warunków reprodukcji społeczeństwa decyduje o ich roli w walce klasowej, czyli w walce o likwidację ekonomicznych warunków reprodukcji stosunków klasowych, o tyle pozostałe grupy społeczne są zainteresowane innym podziałem tych materialnych środków reprodukcji społeczeństwa. Ta mentalność znajduje szerokie odzwierciedlenie we współczesnej refleksji programowej lewicy, która całkowicie ją przejęła od warstw drobnomieszczańskich, zainteresowanych wyłącznie warunkami sprzedaży swych towarów czy usług.

Warunkiem utrzymania wolności w nie mniejszym stopniu, niż ma to miejsce w społeczeństwie burżuazyjnym, należy zabezpieczyć się przed zasadniczą przyczyną istnienia antagonizmu klasowego, czyli przed zawłaszczeniem warunków reprodukcji życia społecznego. Cała reszta, jako struktura nadbudowana nad tą podstawą, dostosuje się. Co nie znaczy, że będzie to idealny model społeczny, bo i nie taki jest cel. Chodzi bowiem – wbrew przekłamaniom przeciwników ideologicznych – nie o wyeliminowanie wszelkich sprzeczności, ale o wyeliminowanie jednej, acz podstawowej. Ta jest związana ze sposobem produkcji podstawowych dóbr materialnych i tylko z tym. A w tym sposobie zawiera się relacja robotnik – kapitalista, a nie dowolna inna.

Rozwiązanie tej sprzeczności jest jednoznaczne z potraktowaniem pracy twórczej zastosowanej do produkcji jako nie-pracy ze wszystkimi tego konsekwencjami. Podwyższanie wynagrodzenia, np. inżynierom, nie rozwiąże problemu związanego z miejscem robotników w systemie produkcji, natomiast emancypacja robotników wpłynie na status inżyniera. Tymczasem lewica ogranicza się do kwestii wynagrodzenia, ponieważ przejęła program polityczny drobnomieszczaństwa. Odbija się to również na jej stosunku do klasy robotniczej, co jest zrozumiałe przy zmienionej mentalności.

*

Trzydzieści lat transformacji prokapitalistycznej, popieranej przez lewicę posttrockistowską i postmarksistowską wedle wspomnianego wyżej schematu opartego na iluzorycznej możliwości wyboru „dobrych” cech gospodarki kapitalistycznej (efektywność związana z własnością prywatną) i demokracji burżuazyjnej (zindywidualizowane swobody obywatelskie) przy odrzuceniu „złych” (wojny i drastyczne zróżnicowanie społeczne), to był czas konieczny do tego, aby mogły do głosu dojść te segmenty lewicy, które wydawały się totalnie skompromitowane na początku owej drogi.

Lewica poststalinowska mogła się odrodzić na bazie oczywistej nieadekwatności posttrockizmu i socjaldemokracji (nurtów coraz bardziej konwergujących ze sobą) do otaczającej rzeczywistości. W międzyczasie nawet te nurty posttrockizmu, które przez lata opierały się dzielnie inwazji tzw. nowej radykalnej lewicy, ewoluowały w kierunku tej samej ślepej uliczki (jak np. Lutte Ouvrière we Francji).

Jednym z efektów odrodzenia się poststalinizmu, zwłaszcza w młodym pokoleniu zrażonym bezalternatywnością propozycji radykalnej lewicy, było nawiązanie do tradycyjnej ideologii, której zasadniczym zrębem pozostawała klasa robotnicza jako źródło legitymizacji całego ruchu. Niemałą rolę odegrał też fakt kompromitacji koncepcji dezindustrializacji przeprowadzonej pospiesznie w ramach transformacji, co odrzuciło kraje b. obozu realnego socjalizmu wstecz, do pozycji peryferii rozwiniętego centrum kapitalizmu. Okazało się, że transformacja była tylko folderem reklamowym kapitalistycznego rozwoju i że nie da się tak prosto dołączyć do Centrum wyzyskującego resztę świata i rozłożyć swój kocyk na tej samej plaży.

Niemniej, poststalinowcy, których wyrazicielem jest Popow, pozostają na poziomie tradycyjnego, pragmatycznego rozumienia znaczenia roli klasy robotniczej, sprowadzając to znaczenie do koncentracji i stopnia determinacji klasy robotniczej w walce rewolucyjnej. Decydujące znaczenie ma polityczna wola skupiona w rewolucyjnej partii robotniczej, reprezentującej obiektywną świadomość klasową robotników. Determinację i skuteczność takiego zespolenia masowości i koncentracji z wolą polityczną potwierdziło doświadczenie Rewolucji Październikowej i ten fakt stanowi wystarczające uzasadnienie dla zachowania tezy o roli klasy robotniczej. Samo dociekanie dlaczego partia kierująca się teorią marksizmu przyjmuje klasę robotniczą jako zasadniczy element swej ideologii pozostaje sprawą drugorzędną, akademicką.

Poststalinowcy przyjmują, z mniejszą lub większą ochotą, nowolewicową interpretację zmiany, jaka zaszła w klasie robotniczej wraz ze zmianami samego procesu produkcji. Kierując się tradycyjną teorią marksizmu, ustawiają jednak różne segmenty świata pracy w pewnej, pragmatycznie (względami skuteczności walki rewolucyjnej) uzasadnionej, hierarchii.

Nie zwracają uwagi na teoretyczny wywód zawarty w Kapitale Marksa, skupiając się na z życia wziętych ilustracjach wyzysku robotnika, które nie straciły na aktualności mimo bardziej wyrafinowanych form kamuflujących istotę tego wyzysku.

W tym sensie jesteśmy raczej ewenementem w skali światowej, ponieważ zwracamy uwagę na to, co zawarte w całości teorii Marksa, a nie tylko na elementy, poszczególne fragmenty jego pracy. W tym sensie również nasza interpretacja marksizmu wyprzedzając cykl odejścia i powrotu do koncepcji klasy robotniczej, podążającego śladem rzeczywistych procesów społeczno-gospodarczych, nadal wyprzedza stan świadomości społecznej oraz teoretycznej. Nie będąc masowym nurtem, nie mamy większych możliwości wpływania na przyspieszenie dojrzewania owej świadomości. Niemniej, wraz z nabieraniem przyspieszenia przez procesy dziejowe, owa świadomość dojrzewa spontanicznie, a w tym procesie szuka ona jakichś pomocnych opracowań, od których możliwe będzie odbicie dla nabrania właściwego kierunku, najlepszego z punktu widzenia skuteczności działania. Mamy nadzieję, że ta fala nas zaleje niczym rwąca rzeka przelewająca się przez wąziutkie brzegi koryta wytyczonego przez maleńki strumień.

Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski
30 kwietnia 2018 r.

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Nullam porttitor augue a turpis porttitor maximus. Nulla luctus elementum felis, sit amet condimentum lectus rutrum eget.